„Wiedziałem, że to jest niebezpieczne. Ale wtedy miałem poczucie, że nie ma innego wyboru. W tamtym momencie byliśmy jedynym niezależnym źródłem, które opisywało sytuację rdzennych żołnierzy z syberyjskich regionów. Nie mieliśmy wątpliwości, że żadne oficjalne media o tym nie napiszą” – mówi Batłaj Matenow, założyciel kanału informacyjnego „Azjaci Rosji”, aktywista antywojenny, uchodźca polityczny w rozmowie z Albertem Jawłowskim w ramach projektu „Dziennikarstwo w zagrożeniu”, który współfinansują Centrum Mieroszewskiego, Wydział Komunikacji Społecznej i Mediów Uniwersytetu Wrocławskiego oraz międzynarodowa Fundacja UA Future.
- Po wybuchu pełnoskalowej wojny w Rosji zaczęły pojawiać się antywojenne ruchy. Wraz z nimi wściekłe ataki trolli w internecie. – W komentarzach rozpoczął się nalot botów i prigożyńskich trolli. Pojawiły się wezwania do zamknięcia „Azjatów Rosji”, aresztowania nas. Te ataki trolli przychodziły falami. Trwały około dwie godziny. Siedzieliśmy i kasowaliśmy te komentarze, blokowaliśmy trollerskie profile. Potem trolle milkły, mijało kilka godzin i wszystko zaczynało się od nowa – opowiada Matenow.
- Skąd Buriaci wzięli się np. w Buczy i dlaczego tak chętnie wstępowali do armii rosyjskiej, by walczyć przeciwko Ukrainie? – Wojsko zawsze dawało prestiż. Żołnierz, oficer, to nie byle kto. Jak masz mundur i pagony to jesteś poważanym człowiekiem, prawdziwym mężczyzną. Propaganda, całymi latami wbijała ludziom do głowy, że kontraktowa służba jest super – opowiada rozmówca PostPravda.Info.
- – Przekonaliśmy część delegatów Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, że Rosja jest państwem kolonialnym. Teraz chcielibyśmy żeby za słowami poszły oficjalne dokumenty. Zależy nam na tym żeby Unia Europejska i Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjęły rezolucje uznające za Rosję za kolonialne państwo – mówi twórca „Azjatów Rosji”.
Batłaj Matenow (ur. 1984) od 2025 roku jest członkiem tzw. grupy dekolnialnej w rosyjskiej demokratycznej platformie przy Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy. Platforma ta zastąpiła oficjalną delegację państwową FR wykluczoną z ZPRE w marcu 2022 po pełnowymiarowej inwazji na Ukrainę.
Autochtoni z Syberii kontra Russkije
Albert Jawłowski, PostPravda.Info: W jaki sposób opisałbyś to czym się zajmujesz? Jesteś dziennikarzem, blogerem, aktywistą, uchodźcą politycznym, a może kimś jeszcze innym?
Batłaj Matenow, „Azjaci Rosji”: Chyba jestem po prostu człowiekiem, który robi to co może w takich warunkach jakie zastał i na co znajdzie siły. Kiedyś miałem sklep, prowadziłem niewielką kafejkę. Potem prowadziłem kanał „Azjaci Rosji”, pokazywaliśmy tam życie rdzennej ludności Syberii. W pierwszym okresie pełnowymiarowej inwazji na Ukrainie zaczęliśmy informować o tym co naprawdę dzieje się na froncie. Robiliśmy to bo media i dziennikarze kontrolowani przez władzę zajmowali się wyłącznie propagandą. Kiedy sytuacja mnie do tego zmusiła uciekłem za granicę. W ubiegłym roku pojawiła się jakaś szansa żeby na forum Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy zrobić coś pożytecznego dla rdzennych mniejszości w Rosji. Pomyślałem – ok, spróbuję.

Na co dzień mieszkacie z żoną w Warszawie. Jak to się stało, że trafiliście do Polski?
To dłuższa historia. W 2017 roku wystartowaliśmy z „Azjatami Rosji”. Mieszkaliśmy wtedy w Nowosybirsku, największej metropolii na Syberii. To również największy hub handlowy w tej części świata. Tamtędy przechodzą towary z Azji Centralnej i Dalekiego Wschodu. W Nowosybirsku mieszka sporo Azjatów – Kirgizów, Tadżyków, Kazachów, Uzbeków, Chińczyków. Wielu z nich pracuje na bazarach – handlują owocami, warzywami, ciuchami i wszystkim czym się da. Ludzie widząc nas byli pewni, że też jesteśmy z Azji Centralnej. Ja jestem Buriatem, a moja żona Tuwinką. Kiedy zaczynaliśmy im tłumaczyć, że jesteśmy obywatelami Rosji, rdzennymi Syberyjczykami to zazwyczaj nie wiedzieli o czym mówimy. Takich jak my jest więcej w Nowosybirsku, ale są zupełnie niewidoczni. Wtedy wpadliśmy więc na pomysł żeby założyć kanał skierowany do autochtonicznej ludności Syberii.
Co wtedy pokazywaliście, o czym mówiliście?
Początkowo robiliśmy relacje z lokalnych świąt, festynów. Informowaliśmy o różnych wydarzeniach kulturalnych. Jeszcze przed covidem zaczęliśmy jeździć po regionach Syberii. Do Tuwy, do Obwodu Irkuckiego, do Ułan Ude (stolica rosyjskiej federacyjnej Republiki Buriacja – przyp. AJ).. Promowaliśmy producentów miejscowych towarów, na przykład tradycyjnej biżuterii czy odzieży. Odwiedzaliśmy bary z lokalnym jedzeniem. Przy okazji pokazywaliśmy jak się żyje w tych regionach, jak wyglądają codzienne sprawy mieszkańców.
Jakie mieliście wtedy zasięgi?
W Instagramie mieliśmy około sto tysięcy subskrybentów. Ta liczba rosła bardzo szybko. Do tego mieliśmy kanały i czaty w Telegramie. Ludzi to zainteresowało. Zaczęli wykupywać u nas reklamy swoich małych biznesów. Dzięki temu mieliśmy środki na życie, jeżdżenie po kraju i tworzenie kontentu. No i kiedy okazało się, że kanał ma już naprawdę spore zasięgi, zaczęli zgłaszać się do nas ludzie z konkretnymi problemami, które trzeba było nagłośnić. Interweniować. Pierwszy przypadek, który dobrze zapamiętałem to zwolnienie nauczyciela w wiosce na Ałtaju.
W czym trzeba było mu pomóc?
To był młody facet, trener zapasów. Pracował jako nauczyciel WF – u. W wolnym czasie woził dzieciaki na zawody własnym samochodem. Problemy zaczęły się kiedy dowiedzieli się o tym urzędnicy regionalnego ministerstwa sportu Republiki Ałtaj. Okazało się, że dzieci wolno wozić tylko szkolnym autobusem. A w wiosce autobusu nie było. Oczywiście urzędników to nie obchodziło i człowiek stracił pracę. Rodzice tych dzieciaków zaczęli robić raban, ale odbili się od ściany. W końcu napisali do nas. Wyjaśnili co się stało, że zależy im żeby tę sprawę nagłośnić. No więc opowiedzieliśmy o tym u nas na kanale. Zrobił się szum. Ludzie zaczęli to udostępniać i komentować. W końcu odezwali się jacyś lokalni urzędnicy z Ałtaju z prośbą żeby usunąć informację, bo ten trener został przyjęty z powrotem do pracy. Wtedy zrozumieliśmy, że jeśli się postaramy to możemy mieć wpływ na to co się wokół nas dzieje.
Czytaj także: Uparty nieboszczyk, czyli dlaczego Moskwa nie zdoła zniszczyć Erzjan? [ESEJ]
Kiedy zaczęliście upominać się o bardziej uniwersalne prawa rdzennej ludności?
W 2019 roku napisaliśmy o projekcie zmian w konstytucji Federacji Rosyjskiej. Konkretnie o planowanym zapisie uznającym etnicznych Rosjan (Russkije – przyp. AJ) za tzw. naród „państwowotwórczy” (gosudarswoobrazujuszczij – przyp. AJ). Tak to ujęto. Innymi słowy, etnicznych Rosjan uznano w konstytucji za jakąś oddzielną, dominująca grupę. Dla nas to był kolejny sygnał, że już na poziomie ustroju państwowego pojawiają się zapisy, wykluczające niesłowiańskie, nierosyjskie etnosy i narodowości z konstytucyjnej zasady równości (zapis o „państwowotwórczym narodzie” ostatecznie wprowadzono do konstytucji FR w ramach zmian w zatwierdzonych 1 czerwca 2020 roku – red.).
Mimo to, państwowa propaganda wciąż pozycjonuje Rosję jako kraj wieloetniczny i wielonarodowościowy. W artykule 3 rozdziału 1 Konstytucji FR pt. „Podstawy ustroju konstytucyjnego” możemy przeczytać między innymi, że źródłem władzy w Rosji, jest jeden „wielonarodowościowy lud”.
Problemem Rosji jest to, że wszystko jest tutaj fasadą. Państwo toleruje, a nawet wspiera odmienności kulturowe jeśli nie wychodzą one poza bezpieczne występy zespołów pieśni i tańca, czy powierzchowny folklor. Niby wszyscy są równi, ale każdy wie, że dominującą grupą są biali Rosjanie mówiący wyłącznie po rosyjsku.
Azjaci Rosji, wojna w Ukrainie i fale trolli w sieci
Wielu Buriatów, zwłaszcza zachodnich, też mówi wyłącznie po rosyjsku, utraciło znajomość rodzimego języka.
Język jest dobrym przykładem fasadowej wielokulturowości. W Buriacji co rusz odbywają się różne akcje ratowania naszego języka. Tyle, że to imitacja. Mamy krótkie wzmożenie, a za chwilę temat znowu znika. Działanie na rzecz podtrzymywania czy przywracania języka powinno odbywać się systemowo. Należałoby postępować zgodnie z długoterminową strategią. A czegoś takiego nie ma. W szkołach prowadzone są lekcje buriackiego, ale nie są obowiązkowe. To takie dodatkowe zajęcia, coś jak dodatkowy język dla chętnych. Osobiście uważam, że te doraźne akcje służą po prostu odwracaniu uwagę od innych problemów.
Na przykład w czasie covidu i lock down’u ludzie zaczęli tracić pracę i biznesy. Władze były zupełnie nie przygotowane do pandemii. Sporo ludzi umarło, bo nie udzielono im odpowiedniej pomocy. Napięcie rosło, ludzie zaczęli urządzać nielegalne pikiety. No i urzędnicy wpadli na pomysł, że znowu zrobi się programy wspierające język i kulturę. Coś tam obiecali, powołali komisje, pogadali, i tak w kółko. Jestem pewien, że jak zaczną się większe problemy to władza znowu sobie przypomni o kulturze i języku. Znowu będą udawać, że pracują, rozwiązują problemy, podejmują inicjatywy i tak dalej. W sumie nic dziwnego, że nasza kultura jest traktowana instrumentalnie skoro we władzach regionalnych czy w federacyjnych republikach narodowościowych na najwyższych stanowiskach często zasiadają ludzie przywożeni z Moskwy.
Aktualnym naczelnikiem Republiki Buriacja jest Alieksiej Cydenow, Buriat z pochodzenia.
No tak. Tyle, że jego też przywieźli z Moskwy. On zrobił karierę w zarządzie rosyjskich kolei. Poza pochodzeniem i nazwiskiem wcześniej nie miał nic wspólnego z Buriacją. Nie znał ani miejscowych realiów, ani problemów. Kiedy się pojawił, w Buriacji od razu rozeszły się pogłoski, że to człowiek związany z Siergiejem Szojgu, który robił wtedy między innymi interesy na węglu. Cydenow miał mu zabezpieczać tani transport kolejowy. Jak przyszło co do czego, to Szojgu załatwił Cydenowowi stanowisko naczelnika republiki. Jakby tam nie było, to wszystko ma się nijak do realnych problemów Buriacji.
Cydenow do dziś spędza większość czasu w Moskwie. A tam nikogo nie obchodzą realne potrzeby ludzi w regionach. Dla Moskwy regiony, zwłaszcza syberyjskie to wyłącznie zasób. Źródło zarobku. Wszystkie złoża i bogactwa w regionach eksploatują koncerny zarządzane przez ludzi związanych z centralną władzą. Miejscowi nie wiele z nich mają. Zostaje im tylko wyniszczona przyroda, zatrute rzeki i wyrąbany las. Państwo zachowuje się kolonialna administracja eksploatująca bez żadnych hamulców podbite tereny. Gaz, ropę, węgiel, metale ziem rzadkich, mięso armatnie – wszystko wysysa z regionów. Nawet ludzie są jedynie zasobem do wyeksploatowania. Aktualna wojna pokazała to czarno na białym.

Wspomniałeś o wojnie, jak zapamiętałeś 24 lutego 2022 roku?
Na tydzień przed wybuchem pełnowymiarowej wojny byliśmy w Chakasji (autonomiczna republika FR na południowej Syberii – red). Zaprosili nas żebyśmy zrobili materiał z chakaskiego święta. Właśnie zabieraliśmy się do pracy, a tu zaczęły alarmować matki i żony żołnierzy kontraktowych z Buriacji i Kraju Zabajkalskiego. Pisały, że mężów i synów trzymają przy samej granicy z Ukrainą, że to wszystko już nie wygląda na ćwiczenia. Wrzuciliśmy krótki filmik z informacją, że żołnierze z południowej Syberii są na granicy białorusko ukraińskiej i nie ma z nimi kontaktu. Zaraz jego opublikowaniu ludzie – głównie rodziny żołnierzy – zaczęli pisać, że kompletnie nie wiedzą się dzieje, że w każdej chwili może zacząć się inwazja…
No i się zaczęła.
W pierwszych dniach wybuchła panika. Ludzie byli zdezorientowani, zarzucali nas filmikami z telefonów i fotografiami z Ukrainy. Praktycznie od razu wypatrzyliśmy buriackie nazwiska na naszywkach żołnierzy wziętych do niewoli albo poległych. Od razu zaczęliśmy publikować te zdjęcia i inne informacje, które do nas docierały. Zaapelowaliśmy do naszych subskrybentów, żeby też upubliczniali wszystkie wiadomości, które do nich dochodzą prywatnymi kanałami. Odezwali się nawet niektórzy politycy z Buriacji i Tuwy, między innymi Wiaczesław Marchajew. On początkowo pozwolił sobie na ostrożną krytykę inwazji. (Wieczesław Marchajew – buriacki deputowany do Dumy Państwowej – w pierwszych dniach wojny w ezopowym stylu ogłosił, że jest przeciwny militarnemu rozwiązywaniu problemów, a „denazyfikację” i „demilitaryzację” Ukrainy można było przeprowadzić „innymi sposobami” – przyp. AJ).
No i co? Marchajew odezwał się potem?
Nie. Potem już się nie odzywał. W tym samym czasie dostaliśmy też pierwsze groźby i ostrzeżenia, że źle skończymy. W komentarzach rozpoczął się nalot botów i prigożyńskich trolli. Pojawiły się wezwania do zamknięcia „Azjatów Rosji”, aresztowania nas. Te ataki trolli przychodziły falami. Trwały około dwie godziny. Siedzieliśmy i kasowaliśmy te komentarze, blokowaliśmy trollerskie profile. Potem trolle milkły, mijało kilka godzin i wszystko zaczynało się od nowa.
Nie pomyśleliście wtedy o tym, że to może naprawdę źle się dla was skończyć?
Wiedziałem, że to jest niebezpieczne. Ale wtedy miałem poczucie, że nie ma innego wyboru. W tamtym momencie byliśmy jedynym niezależnym źródłem, które opisywało sytuację rdzennych żołnierzy z syberyjskich regionów. Nie mieliśmy wątpliwości, że żadne oficjalne media o tym nie napiszą, ani ogólnokrajowe ani regionalne. Znałem administratorów portali „Ułan Ude online” czy „Całe Ułan Ude”. Wiedziałem, że oni są pod kontrolą władz i nie napiszą o tym co naprawdę dzieje się na froncie z żołnierzami z naszego regionu. Tymczasem my mieliśmy swoją własną sieć obiegu informacji. Mieliśmy sporo kontaktów, znaliśmy ludzi z regionów. Poznawaliśmy ich przy okazji wyjazdów w teren, w trakcie zbierania materiałów na kanał „Azjaci Rosji”. Chodziliśmy razem na koncerty, jakieś wydarzenia, do restauracji.

To ci ludzie stworzyli sieć antywojennych aktywistów po 22 lutego?
Niektórzy z nich zaangażowali się w to. Zaraz po wybuchu pełnowymiarowej wojny zaczęliśmy regularnie się zdzwaniać, zastanawialiśmy się co robić, jak reagować na to co się dzieje. Na przykład jak pomagać żołnierzom kontraktowym, którzy chcieliby rozwiązać kontrakt? Jak kontaktować ich z prawnikami? Napisaliśmy nawet instrukcję co należy zrobić żeby rozwiązać kontrakt. Staraliśmy się wspierać zwykłych poborowych, informować ich jakie mają prawa, żeby nie dali się zmanipulować ani zmusić do podpisania zawodowego kontraktu, bo to oznaczałoby dla nich wysyłkę na front. Takie instrukcje umieszczaliśmy w sieci, na przykład przez nasz Instagram i Telegram. Na samym początku informacje szły przez nasz kanał „Azjaci Rosji”, po prostu mieliśmy wtedy spore zasięgi. W tym czasie powstała fundacja „Wolna Buriacja”. Potem „Wolna Jakucja”, następnie organizacje antywojenne Tuwińczyków, Kałmuków…
Buriaci na wojnie z prawdziwymi mężczyznami
Z twojego regionu, z Buriacji, pochodziło relatywnie sporo żołnierzy kontraktowych. Być może nie wszystkie osoby, które będą czytały tę rozmowę, znają dobrze specyfikę geograficzną i społeczną Syberii, wiec krótko wyjaśnijmy. Buriacja i Kraj Zabajkalski to pogranicze Rosji, Mongolii i Chin. W epoce ZSRR powstały tam wielkie jednostki wojskowe, w szczególności pancerne, z rozległą infrastrukturą, osiedlami, szkołami, sklepami. Po rozpadzie Związku Radzieckiego wojsko okazało się tam jednym z najpewniejszych pracodawców. W czasach putinowskiej stabilizacji zabajkalskie jednostki wojskowe gwarantowały nie najgorszą pensję, porządną emeryturę, mieszkanie. Może dlatego tak wielu miejscowych związało się z armią?
Zgoda, ale tu zagrało jeszcze kilka innych przyczyn. Wojsko zawsze dawało prestiż. Żołnierz, oficer, to nie byle kto. Jak masz mundur i pagony to jesteś poważanym człowiekiem, prawdziwym mężczyzną. Propaganda, całymi latami wbijała ludziom do głowy, że kontraktowa służba jest super. A do tego pewnie wszyscy kontraktowcy liczyli na to, że raczej nie będzie potrzeby iść na jakąś wielką, totalną wojnę.
Stało się inaczej. Ale bądźmy szczerzy, wielu Buriatów czy Tuwińczyków pojechało na wojnę z własnej woli.
Mówimy o kilkupokoleniowej obróbce propagandowej. To plus pieniądze za podpisanie kontraktu zrobiły swoje. Tymczasem kontraktowych żołnierzy, którzy poszli w pierwszym rzucie, praktycznie już nie ma. Na przykład z Diwizki poginęli prawie wszyscy. (Diwizka – garnizonowe osiedle na przedmieściach Ułan Ude – przyp. AJ). To samo stało się z tymi, których wysłali na front z Kiachty i z Kraju Zabajkalskiego. Kiedy zaczęło brakować kontraktowców, dowódcy wzięli się za poborowych.
Rozmawiałem z jednym dezerterem, który służył na Diwizce. Opowiadał, że podszedł do niego znajomy oficer i mówi, że „kontraktowcy już się skończyli”, a potrzeba nowych. I uśmiecha się do niego znacząco. Chłopak zorientował się, że zaraz będą zmuszać poborowych do podpisywania kontraktów. Przy pierwszej okazji zwiał z jednostki przez płot. Pojechał od razu do Nowosybirska. Potem przedostał się przez zieloną granicę do Kazachstanu. Miał szczęście, że o jego sprawie dowiedzieli się miejscowi prawnicy, którzy zajmowali się takimi przypadkami. Stanęło na tym, że skoro złamał kazachskie prawo to ma odsiedzieć w Kazachstanie. Odsiedział dwa lata, a po wyjściu od razu pojechał do Europy. Dostał azyl we Francji.

Azjatyccy żołnierze, zwłaszcza Buriaci stali się jednym z najmocniejszych symboli rosyjskiego najazdu na Ukrainę. Już w 2014 roku światowe media pokazywały rannego w Donbasie czołgistę Dorżiego Batomunkujewa. W interencie hulały filmiki z niejakim Wahą, awanturnikiem z Buriacji, który siedząc na wozie pancernym w Wuhledarze pozdrawiał Ułan Ude i Czytę albo palił trawę i wygłaszał jakieś bełkotliwe przemowy. Co myślisz kiedy widzisz memy z Azjatami w rosyjskich mundurach, słuchasz żartów o „bojowych Buriatach Putina”?
Myślę, że również rosyjskiej władzy jest to na rękę. Wychodzi na to, że to nie biali, etniczni Rosjanie popełniają zbrodnie. To nie oni zabijają. Winni są jacyś dzicy Azjaci. Aktywiści z Syberii zbierają dane na temat realnego udziału Buriatów, Tuwińczyków, Jakutów i innych rdzennych narodowości syberyjskich w wojnie, szczególnie w tych formacjach, które mają na sumieniu zbrodnie wojenne. W syberyjskich i dalekowschodnich jednostkach ze Wschodniego Okręgu Wojskowego większość żołnierzy, którzy trafili na front w lutym 2022 roku, zwłaszcza oficerów, to byli etniczni Rosjanie. Gadanie, że będzie im trudniej zabijać „braci Słowian” to rasistowska bzdura. Można było przekonać się o tym już w pierwszych tygodniach inwazji.

Azjaci Rosji uciekają do Polski
Rasizm jest realnym problemem w codziennym życiu w Rosji?
Zawsze był. Na wszystkich poziomach. Jeśli żyjesz w Rosji i nie jesteś białym Rosjaninem, to zderzasz się z rasizmem bez przerwy. Szczególnie jeżeli jesteś dzieckiem albo dziewczyną i traktują cię jak kogoś, kto nie potrafi się przeciwstawić. W Nowosybirsku zdarzało się to nam nawet kilka razy dziennie. To nie musi być od razu fizyczna przemoc. Zaczyna się od komentarzy na temat tego jak wyglądasz, że nie jesteś u siebie i przyjechałeś nie wiadomo skąd. W autobusie czy metrze ktoś cię może popchnąć, powiedzieć coś obraźliwego, plunąć. Najgorsze jest to, że nigdy nie mówiło się o tym głośno i wprost. Tak jakby to było zupełnie normalne. Nic takiego. Ktoś po prostu skomentował jak wyglądasz. Ktoś cię obraził, szturchnął. Kogoś pobili za wygląd. Trudno, tak już jest. Po co o tym gadać, przecież i tak nic z tym się nie zrobi.
Kiedy okazało się, że też musicie uciekać z Rosji?
Byliśmy wtedy w Abakanie (stolica Chakasji – przyp. AJ). Wynajmowaliśmy tam mieszkanie. Któregoś razu wróciliśmy do domu i zadzwonił znajomy aktywista z Kałmucji. Odbieram telefon, a on mówi: musicie natychmiast wyjeżdżać. Dlaczego? – zapytałem. A on mi mówi, że skontaktował się z nim policjant, który pracował w oddziale walki z cyberprzestępczością. I zaczął podpytywać o ludzi, którzy są administratorami antywojennych portali. Wyglądało to poważnie, bo już w marcu 2022 roku do prawa karnego dodano zapis o fejkach (mowa o wprowadzeniu odpowiedzialności karnej za rozpowszechnianie dezinformacji na temat Specjalnej Wojennej Operacji i publicznej dyskredytacji armii – przyp. AJ). Prawo o fejkach jest tak mętne, że w zasadzie za wszystko co napisałeś albo powiedziałeś o wojnie możesz trafić przed sąd. Po tym telefonie zastanawialiśmy się jeszcze przez kilka dni co robić. Aż w końcu przyszli do nas.
Co się wtedy stało?
Dziwnie to wyglądało. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Spojrzałem przez wizjer i widzę, że na klatce schodowej stoją jacyś ludzie, odwróceni plecami. Nie widziałem ich twarzy. Jeden krzyknął: otwierać drzwi! Pogasiliśmy światła i siedzieliśmy cicho. Jeszcze chwilę postali i poszli. Mieliśmy trochę jedzenia w lodówce i przez trzy kolejne dni nie ruszaliśmy się z mieszkania. W końcu wyszedłem nocą na podwórko. Zobaczyłem, że nasz samochód stoi tak jak stał.
Spakowaliśmy się i o piątej rano pobiegliśmy do samochodu, wrzuciliśmy rzeczy do bagażnika i pojechaliśmy do Tuwy. Tam siedzieliśmy przez jakiś czas. Nie mieliśmy pojęcia co się dzieje. Czy jesteśmy poszukiwani? Czy przyszli tak po prostu żeby nas nastraszyć? Wreszcie zaryzykowaliśmy, kupiliśmy bilety na samolot do Moskwy, a stamtąd od razu do Turcji. Tam zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Tbilisi. W Gruzji spędziliśmy następne cztery miesiące. Złożyliśmy wnioski o azyl w ambasadzie USA i czekaliśmy na rozpatrzenie sprawy.
Ale ostatecznie trafiliście do Polski.
Trochę przypadkiem. W Tbilisi poszliśmy na jakieś spotkanie rosyjskich imigrantów, dziś już nawet nie pamiętam kto je organizował. Poznaliśmy tam pracowniczkę polskiej ambasady. Spotkaliśmy się z nią potem na dłuższą rozmowę. Opisaliśmy z żoną jak i dlaczego uciekliśmy z Rosji. Poradziła nam, że jeśli chcielibyśmy dalej zajmować się tym czym dotychczas to znacznie więcej możliwości będziemy mieli w Europie, bo w Stanach przepadniemy. Na koniec zaoferowała pomoc polskiej ambasady gdybyśmy zdecydowali się polecieć do Warszawy. Znów zastanawialiśmy się co dalej.
Amerykańska ambasada wciąż nie odpowiadała na nasze podania. Po dwóch tygodniach doszliśmy do wniosku, że może faktycznie lepiej pojechać do Europy. W Warszawie akurat miała odbyć się konferencja z udziałem obywateli rosyjskich, którą organizowały, jeśli dobrze pamiętam, polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Fundacja Solidarności Międzynarodowej. Złożyliśmy dokumenty, wnioski o polskie wizy. Mniej więcej po tygodniu dostaliśmy pozytywną odpowiedź. O mały włos nie cofnęli nas z granicy, bo w wizie mieliśmy niepoprawnie wpisaną datę. No ale w końcu znaleźliśmy się w Polsce.
Przylecieliście do Warszawy, wzięliście udział w tej konferencji i co dalej?
Na „Azjatach Rosji” mieliśmy folołersa z Polski, Wojtka. Nie znałem go osobiście, ale wiedziałem, że mieszka w Warszawie. Przed przylotem napisałem do niego, czy nie mógł by nam trochę pomóc na początek. Dał nam adres dokąd pójść w Warszawie. Okazało się, że trafiliśmy do niego do domu. No i przez parę tygodni mieszkaliśmy u Wojtka. Potem u jego kolegi. Potem u następnego. I tak krążyliśmy z miejsca na miejsce dopóki nie znaleźliśmy mieszkania na dłużej (śmiech).
Jesteście w Warszawie już cztery lata. Co byś odpowiedział gdyby ktoś dziesięć lat temu powiedział ci, że w 2026 roku zamieszkasz z żoną w Polsce, będziecie uchodźcami politycznymi i aktywistami dekolonialnymi?
Nie uwierzyłbym. Byłem pewien, że będę spokojnie zajmował się swoim biznesem, a nie aktywizmem czy prowadzeniem kanału z informacjami o wojnie i represjach. Poza tym byłem już żonaty. Poznaliśmy się z żoną w Ułan Ude i pobraliśmy w 2013 roku. Potem wyprowadziliśmy się do Tuwy. Mieliśmy sklep, otworzyłem kafejkę. Po jakimś czasie wszystko zaczęło siadać. Tuwa to biedny region, wrażliwy na wahnięcia koniunktury. W końcu zlikwidowałem sklep i wynająłem lokal. Prawdę mówiąc właśnie wtedy po raz pierwszy przyszło nam na myśl, że może by wyjechać do Stanów Zjednoczonych i tam poszukać nowych możliwości.
Pierwsza twoja myśl o emigracji miała czysto ekonomiczne przyczyny?
Niezupełnie. Wtedy nie angażowałem się jeszcze w sprawy społeczne i polityczne, ale obserwowałem co się dzieje. Ludzie w Rosji często oddzielają sprawy czysto bytowe od polityki, ale to tak nie działa. Trzeba liczyć się na przykład z tym, że jeśli Rosja zaczyna konflikt zbrojny, to za nim wcześniej czy później przyjdą represje i bieda. W 2014 roku Rosja anektowała Krym. Przeczuwałem, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Może na początku jeszcze się łudziłem, że coś zmieni się na lepsze. Ale z biegiem czasu ogarniał mnie coraz większy pesymizm. W 2015 zginął Borys Niemcow. Władza coraz bardziej dokręcała śrubę. Przyglądałem się również temu co robił Nawalny, jak znika opozycja.

Rosja państwem kolonialnym. Głos w Europie
Jak się układają wasze relacje z innymi emigrantami z Rosji?
Różnie. Bywa, że współpracujemy. Zdarza się też, że ludzie na emigracji zaczynają się bardzo radykalizować. Niektórzy wymagają od ciebie żebyś patrzył na sprawy dokładnie tak jak oni. Niekiedy ich poglądy bywają oderwane od rzeczywistości. Ciężko z tym dyskutować. My zaczęliśmy mówić o konieczności dekolonizacji Rosji jeszcze przed pełnowymiarową wojną. Od tamtego czasu robiliśmy to co mogliśmy, żeby przebijać się z tą ideą do świadomości ludzi w Rosji i za granicą. To nie jest łatwe.
Nawet po 2022 roku, byli tacy, którzy mówili wprost: Zgłupieliście? Jaka znów dekolonizacja? Mimo wszystko coś już udało nam się osiągnąć. Przekonaliśmy część delegatów Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, że Rosja jest państwem kolonialnym. Teraz chcielibyśmy żeby za słowami poszły oficjalne dokumenty. Zależy nam na tym żeby Unia Europejska i Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjęły rezolucje uznające za Rosję za kolonialne państwo.
Sądzisz, że prędko się to zdarzy i przyniesie jakiś skutek?
Nie wiem, ale trzeba działać w tym kierunku. Budować świadomość. Jakiś czas temu byłem na spotkaniu w Europarlamencie. Wojna w Ukrainie trwała w najlepsze. Tymczasem jeden z występujących tam eurodeputowanych mówił wprost, że z Rosją należy się dogadać, bo ma tanie kopaliny i węglowodory, które trzeba importować. Słuchałem go i zastanawiałem się czy on w ogóle ma pojęcie gdzie są te wszystkie tanie złoża? Czy zdaje sobie sprawę z tego, że zostały zdobyte brutalną przemocą? Że Rosja rabunkowo eksploatuje bogactwa znajdujące się na obszarach odebranych rdzennej ludności? Że nikogo nie obchodzi w jakich warunkach żyją dziś potomkowie podbitych ludów, które były tam na długo przed przyjściem Rosjan?
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie tylko Rosja posiada i eksploatuje ziemie zdobyte przemocą militarną.
Jasne, ale to nie jest argument, który powoduje, że Rosja przestaje być kolonialnym państwem. Wiele dawnych imperiów kolonialnych, czego by o nich nie mówić, uświadamia sobie swoją przeszłość. Prowadzi się badania nad kolonialną historią, dyskutuje się o tym, widać krytyczną refleksję. Tymczasem w Rosji nic się o tym nie mówi. Jeśli już to w jakichś wąskich kręgach. W powszechnej świadomości tematu nie ma. Władza w Moskwie do dziś zachowuje się w podbitych regionach jak kolonialne centrum. W tej chwili Rosja toczy kolejną kolonialną wojnę przeciw Ukrainie.
W 2025 roku dołączyłeś do rosyjskiej platformy przy Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy. Wróciłeś właśnie ze Strasbourga, z kolejnej sesji ZPRE. Jakie masz wrażenia po tym spotkaniu?
Tym razem wszystko odbyło dość spokojnie. Wcześniej różnie z tym bywało. Ale widzę też, że niektórzy przedstawiciele rdzennych narodowości zaczynają włączać się w polityczne spory między Rosjanami. Nie specjalnie mi się to podoba. Osobiście zdecydowałem się przyłączyć do opozycyjnej rosyjskiej platformy po to żeby zajmować się sprawami dotyczącymi rdzennej ludności. W tym momencie najważniejsze dla mnie jest to żeby nasz głos w ogóle głos został usłyszany. Żebyśmy wreszcie stali się widoczni jako odrębny podmiot.
Znalazłeś się w bardzo zróżnicowanej grupie, wśród ludzi o różnych poglądach, różnych biografiach, z odmiennymi wizjami przyszłości. W rosyjskiej platformie przy ZPRE są znani na świecie politycy, tacy jak Gari Kasparow, Władymir Kara – Murza, Dmitrij Gudkow, Michaił Chodorkowski. Znalazła się tam również Nadia Tołokonnikowa z Pussy Riot. Jak się dogadujesz z tymi ludźmi?
Nie jest to jakaś ścisła współpraca. Oni sami są dość podzieleni. Jest na przykład grupa Chodorkowskiego. On ma największe zasoby finansowe, dużo ludzi wokół siebie, duże wpływy. Druga grupa zgromadziła się wokół Fundacji „Wolna Rosja”, tam jednym z liderów jest Władimir Kara – Murza. Jest też Kasparow, który działa na własną rękę. Z „Wolną Rosją” układa mi się nie najgorzej, na przykład z Natalią Arno. W pewnych kwestiach możemy się zgadzać, na przykład w sprawie więźniów politycznych albo praw człowieka. Inne nas różnią.
Jak oni odnoszą się do kwestii dekolonizacji?
Różnie. Weźmy na przykład Chodorkowskiego. To jest człowiek rodem z lat dziewięćdziesiątych. Po rozpadzie Związku Radzieckiego opanował sporą część złóż i rafinerii w regionach. W zasadzie wszystkie jego dawne aktywa są w regionach, na Syberii. Jego koncern, Jukos, wszedł między innymi w region Bajkału. W Buriacji wykupił przetwórnię naftową Buriatnieftieprodukt. W obwodzie irkuckim przejął angarski kombinat naftowo chemiczny. Wszystko odbywało stylu lat dziewięćdziesiątych.
Jak się dało to załatwiał sprawę pieniędzmi, kiedy było trzeba działał na siłę. To była taka mieszanka presji finansowej, rekietu i kolonialnego myślenia. Chodorkowski działał zgodnie z zasadą, że jeżeli gdzieś są zasoby, to trzeba je za wszelką cenę przejąć i eksploatować ile się da. Teraz jego głównym celem jest odzyskanie tego co odebrano mu na początku XXI wieku Załóżmy, że Rosja by się rozpadła. Kto mu zrekompensuje majątek? On nie chce nawet słyszeć o jakiejś tam dekolonizacji.
Bliżej ci do tych aktywistów, którzy chcieliby autonomii w ramach demokratycznej i realnie federacyjnej Rosji, czy może do tych, którzy chcieliby niepodległości regionów?
Oczywiście każdy chciałby wolności i suwerenności. Nie twierdzę, że jest to niemożliwe. Tyle, że samo mówienie niczego nie zmienia. Mógłbym teraz zacząć wygłaszać radykalne hasła, z których nic nie wynika. Fantazjowanie nic nie kosztuje. Tymczasem wolność nie spadnie nam nieba. Podchodząc do sprawy realistycznie trzeba odpowiedzieć na pytanie, co w aktualnej sytuacji można osiągnąć?. Jeśli masz długą drogę do przejścia to musisz iść krok po kroku, robić kolejne projekty, starać się edukować i uświadamiać ludzi. Cierpliwie wyciągać z muru cegłę po cegle. Czas pokaże jaki to przyniesie skutek.
Jak sobie wyobrażasz siebie za dziesięć lat?
Kiedyś myślałem, że będę zajmował się swoim biznesem, będę żył dla siebie i moich bliskich. Wszystko potoczyło się inaczej. Nie wiem co zdarzy się w dalekiej przyszłości. Mam nadzieję, że wrócę do domu i będę mógł robić coś pożytecznego dla innych. Chciałbym żeby społeczeństwo, otaczający mnie ludzie zmienili się przez dziesięć kolejnych lat.


