Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Ponad dwa lata za kratami, cela jednoosobowa, karcer, transporty między koloniami karnymi, utracone dzienniki, unieważniony paszport i przymusowe życie poza granicami Białorusi. Taką cenę za wykonywanie zawodu dziennikarza zapłacił Ihar Karniej – były pracownik białoruskiej redakcji Radia Swoboda. 21 czerwca 2025 roku został uwolniony wraz z innymi więźniami politycznymi po wizycie w Mińsku specjalnego wysłannika prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, Keitha Kellogga. Strona amerykańska poinformowała o uwolnieniu 14 więźniów przetrzymywanych na Białorusi. Co pozostaje z człowieka po pobycie w białoruskiej kolonii karnej? Jak dyktatura zamienia dziennikarza we „wroga reżimu”? Dlaczego więźniowie polityczni w białoruskich koloniach są izolowani surowiej niż mordercy i gwałciciele? W jaki sposób reżim kontroluje korespondencję, żywność, ciało, pamięć, a nawet prawo do powrotu do ojczyzny? O tym w PostPravda.Info rozmawiamy w ekskluzywnym wywiadzie z Iharem Karniejem, w ramach projektu „Dziennikarstwo w zagrożeniu” finansowanym przez Centrum Mieroszewskiego, przy współpracy z Uniwersytetem Wrocławkim.

Ihar Karniej: dziennikarz i więzień polityczny

Alina Turyszyn, PostPravda.Info: Tak naprawdę pytań jest bardzo wiele. Kiedy czytałam Pana historię i dowiadywałam się o Panu coraz więcej, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że przypomina ona losy ukraińskich żołnierzy, którzy wrócili z niewoli. Pan również przeszedł przez bardzo podobne doświadczenia we własnym kraju. Chciałabym zacząć od następującego pytania: na jakie etapy podzieliłby Pan swoje życie?

Ihar Karniej, białoruski opozycyjny dziennikarz: To symboliczne, że nagrywamy tę rozmowę właśnie 21 czerwca. Dokładnie rok temu, 21 czerwca 2025 roku, pierwsza grupa białoruskich więźniów politycznych została de facto deportowana za granicę. Zebrano nas z różnych kolonii karnych. Łącznie było nas czternaścioro: dziewięciu cudzoziemców i pięcioro obywateli Białorusi. Wszyscy byli więźniami politycznymi. Wśród cudzoziemców byli między innymi obywatele Polski, skazani na podstawie innych artykułów kodeksu karnego. Dzięki mediacji władz Stanów Zjednoczonych, już za nowej administracji Donalda Trumpa, udało się doprowadzić do naszego uwolnienia. Samo uwolnienie odbyło się jednak w dość brutalny sposób.

dziennikarze w zagrożeniu, projekt, centrum mieroszewskiego, postpravda, ua future

Nikt nie pytał nas, czy chcemy opuścić kraj. Założono nam worki na głowy, zakuto nas w kajdanki i wywieziono na Litwę. Dla mnie było to całkowitym zaskoczeniem. Mój wyrok miał się zakończyć dopiero pod koniec roku. Niektórzy z tych, których wywieziono razem ze mną, mieli spędzić w więzieniu jeszcze wiele lat. Był to jednak pewien gest dobrej woli ze strony nowo wybranego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Choć jego polityka często wydaje się pełna sprzeczności: z jednej strony przyczynia się do uwalniania więźniów politycznych, z drugiej zaś – właśnie za jego kadencji – wstrzymano finansowanie Radia Swoboda, w którym pracowałem.

Obecnie, dzięki działaniom jego specjalnych wysłanników, proces uwalniania więźniów został wznowiony i ludzie stopniowo odzyskują wolność. Zwalniani są zarówno Ukraińcy, jak i osoby zatrzymane pod zarzutem rzekomego szpiegostwa czy z innych sfabrykowanych powodów. Mam ogromną nadzieję, że ten proces będzie kontynuowany. To, co dzieje się na Białorusi, nie powinno mieć miejsca w XXI wieku. Mimo wszystko Białorusinów i Ukraińców zawsze łączyły dobre, przyjazne i sąsiedzkie relacje. Białorusini nie mają pretensji do Ukraińców, podobnie jak – moim zdaniem – zwykli Ukraińcy nie żywią ich wobec Białorusinów. Istnieje natomiast zbrodniczy reżim, który łamie wszelkie możliwe prawa, normy i zasady ochrony praw człowieka. Więzi między Białorusinami i Ukraińcami zawsze były bardzo silne. Właśnie dlatego wydarzenia ostatnich lat stały się prawdziwą historyczną cezurą.

Od niemal sześciu lat na Białorusi nie istnieje już państwo prawa. Całkowicie zniszczono niezależną przestrzeń medialną i zlikwidowano społeczeństwo obywatelskie. W praktyce nie pozostał już ani jeden głos, który mógłby otwarcie krytykować władzę. Istnieje jedynie zmarginalizowana przestrzeń zdominowana przez państwową propagandę i ludzi lojalnych wobec reżimu. Nawet ci więźniowie polityczni, którzy są dziś zwalniani i pozostają w kraju, nie mogą znaleźć pracy, nie mają możliwości studiowania i w praktyce są pozbawieni prawa do publicznego zabierania głosu. Każde wypowiedziane słowo może stać się podstawą do wszczęcia kolejnej sprawy karnej. Takie przypadki już miały miejsce. Dziennikarze odbywali wyroki, wychodzili na wolność, po czym ponownie stawiano im zarzuty karne, na przykład z powodu subskrybowania tak zwanych „ekstremistycznych” źródeł informacji. Niestety, jest to sytuacja bez wyjścia. Łukaszenka nie zamierza oddać władzy. Putin trzyma go za gardło, ponieważ Białoruś pozostaje strefą buforową między Zachodem a Rosją. W Moskwie nie będą natomiast mieli żadnych oporów przed poświęceniem Białorusi, jeśli to właśnie ona jako pierwsza przyjmie na siebie uderzenie w razie wybuchu konfliktu na większą skalę.

Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Ihar Karniej. Zdjęcie z profilu Ihara Karneja na Facebooku.

Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, czy wierzył Pan, że zachodnie standardy dziennikarstwa mogą zakorzenić się na Białorusi? Jak określiłby Pan najważniejsze różnice między dziennikarstwem postsowieckim a zachodnim? I jaką rolę odgrywała wówczas Rosja w białoruskiej przestrzeni medialnej?

Mogę powiedzieć, że miałem szczęście żyć i pracować w czasach, które dziś określa się mianem „wegetariańskich”. W rzeczywistości były to lata prawdziwej demokracji. Wówczas wydawało nam się, że dziennikarze nie cieszą się pełną swobodą, ale z dzisiejszej perspektywy był to autentyczny okres rozkwitu demokracji.

Pracowałem w prasie państwowej i właśnie tam rozpocząłem swoją karierę zawodową. W tamtym okresie bardzo intensywnie powstawały nowe media. Praktycznie co miesiąc pojawiały się nowe tytuły prasowe – podobnie jak na Ukrainie i w Rosji. O ile w czasach radzieckich państwo posiadało monopol na prasę, telewizję i radio, o tyle na początku lat dziewięćdziesiątych nastąpił prawdziwy boom na rozwój niezależnych środków masowego przekazu. Powstawały komercyjne wydawnictwa i gazety społeczno-polityczne, a każda z nich znajdowała swoich czytelników i odbiorców. Dynamicznie rozwijały się stacje telewizyjne, a rozgłośnie radiowe nadające w paśmie FM zdobywały coraz większą popularność – był to wówczas nowy i niezwykle interesujący format.

Pracowałem w gazecie „Zwiezda” – jednym z najstarszych i najbardziej prestiżowych białoruskich dzienników. Nawet w państwowej redakcji mogłem pozwolić sobie praktycznie na wszystko. Nie musiałem nieustannie zastanawiać się nad każdym słowem i obawiać się, czy materiał zostanie dopuszczony do druku. Można powiedzieć, że był to okres rozkwitu białoruskiego dziennikarstwa. Sądzę, że podobne procesy zachodziły również w krajach sąsiednich. Na Białorusi wszystko zmieniło się jednak w 1994 roku, kiedy do władzy doszedł Alaksandr Łukaszenka. Siłą rozpędu jeszcze w latach 1994–1995 można było stosunkowo swobodnie wyrażać swoje poglądy. Właśnie wtedy przeszedłem z mediów państwowych do niezależnych. Powód był prosty: już kilka miesięcy po objęciu władzy przez Łukaszenkę zaczęły ukazywać się gazety z tak zwanymi „białymi plamami”. Tuż przed drukiem do redakcji dzwoniono z góry i nakazywano usunięcie materiałów, które zdaniem władz dyskredytowały prezydenta. Jeżeli nie udało się wycofać całego artykułu odpowiednio wcześnie, usuwano go w nocy, tuż przed rozpoczęciem druku, a gazeta ukazywała się z pustymi miejscami zamiast tekstu.

Jednym z pierwszych takich przypadków była publikacja raportu antykorupcyjnego deputowanego do Rady Najwyższej Białorusi Siarhieja Antonczyka, w którym ujawniono mechanizmy korupcyjne Alaksandra Łukaszenki i jego otoczenia. Był to pierwszy poważny sygnał, że dla dziennikarzy na Białorusi nadchodzą trudne czasy. Co znamienne, sam Łukaszenka, dochodząc do władzy, deklarował, że dziennikarstwo jest rzeczą świętą, a dziennikarze powinni być wolni, niezależni i obiektywni. Był to jednak klasyczny przykład całkowitego rozdźwięku między słowami a czynami. Już od początku swojej prezydentury rozpoczął systematyczny atak na niezależne media.

Później przez wiele lat pracowałem w białoruskiej redakcji Radia Swoboda. Byliśmy oficjalnie akredytowani przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, posiadaliśmy odpowiednie legitymacje prasowe, uczestniczyliśmy w konferencjach prasowych Łukaszenki, przedstawicieli władz oraz Izby Reprezentantów. Traktowano nas jak zwykłe medium. Na Białorusi oficjalnie działało również wiele międzynarodowych agencji informacyjnych. Wszystko zmieniło się jednak po 2020 roku. Niezależne redakcje zaczęto uznawać za organizacje ekstremistyczne, a ich biura były w praktyce demolowane.

Naszą redakcję w Mińsku doszczętnie zniszczono: wyważono drzwi, zdewastowano sprzęt i wyposażenie. Ostatecznie redakcja została zmuszona do przeniesienia swojej działalności do Kijowa. Dziennikarze, którzy pozostali na Białorusi, praktycznie wszyscy doświadczyli represji. Od 2021 roku aresztowano ich jednego po drugim. Ja byłem ostatnim z tej grupy. Czterech dziennikarzy Radia Swoboda skazano na różne kary pozbawienia wolności na podstawie sfabrykowanych zarzutów.

Najwyższy wyrok wyniósł 15 lat więzienia. Nie to jest jednak najważniejsze. Dziennikarzy zaczęto skazywać za sam fakt wykonywania zawodu – nie za jakiekolwiek inne działania, lecz wyłącznie za pracę dziennikarską. Niestety stało się to nową rzeczywistością. Przez areszty przeszły dziesiątki dziennikarzy. Jeśli zaś chodzi o zatrzymania administracyjne, mówimy już o setkach osób, które trafiały do aresztu na 10, 15 dni, a nawet na miesiąc. Po protestach w 2020 roku zaczęto również wszczynać przeciwko nim postępowania karne. Obecnie w więzieniach nadal przebywa ponad dwudziestu dziennikarzy.

Czytaj także: Biszkek: tu Rosjanie ukrywają się przed mobilizacją. „Ostatni dobry dzień” [REPORTAŻ]

Część z nich odzyskuje wolność w ramach politycznych porozumień. W rzeczywistości mamy do czynienia z handlem ludźmi: reżim wypuszcza zakładników w zamian za złagodzenie sankcji gospodarczych i politycznych. Mechanizm ten jednak nie ustaje. Na miejsce każdego uwolnionego więźnia reżim znajduje nowe ofiary. Dlatego ogólna liczba więźniów politycznych nie zmniejsza się w sposób znaczący. Najbardziej tragiczne jest to, że współczesna Białoruś żyje w atmosferze totalnego strachu. Ludzie boją się nawet mówić o tym, że ich mężowie, ojcowie czy synowie przebywają w więzieniu, ponieważ represje mogą dosięgnąć również ich bliskich.

Już dziś zdarzają się sytuacje, w których dana osoba nadal przebywa w więzieniu, dziennikarze opisują jej historię, a konsekwencje ponoszą zarówno jej bliscy, jak i ona sama. Więźnia po prostu umieszcza się w karcerze. Istnieje również taka forma kary, jak umieszczenie w celi typu zamkniętego. Oznacza to całkowitą izolację – brak jakiegokolwiek kontaktu z rodziną i światem zewnętrznym, nie wspominając już o dostępie do informacji czy możliwości dowiedzenia się, co dzieje się poza murami więzienia. Na przykład dla mnie, jako dziennikarza, jednym z najcięższych doświadczeń był całkowity brak dostępu do informacji. Nie miałem nawet możliwości oglądania państwowych kanałów propagandowych, ponieważ po procesie, gdy trafiłem do kolonii karnej, osadzono mnie w celi jednoosobowej. To bardzo mała cela – około siedmiu metrów kwadratowych. Człowiek całymi dniami chodzi w kółko. Nie ma tam nic. Nie wolno się położyć, czytać ani pisać listów.

Pobyt w karcerze, w tak zwanym SIZO (sztrafnym izolatorze), jest formą oddziaływania na ludzki umysł i psychikę, której celem jest złamanie człowieka. Mnie i wielu innych więźniów przetrzymywano właśnie w takich warunkach. Spędziłem pół roku w celi jednoosobowej pod nieustanną presją. Niektórzy przebywali tam jeszcze dłużej. Celem tej presji jest złamanie człowieka nie tylko fizycznie, lecz także moralnie i psychicznie. Sam widziałem ludzi, którzy po kilku miesiącach przebywania w takich warunkach wychodzili zupełnie odmienieni. Nie chodzi tylko o to, że przebywasz w zamkniętej przestrzeni. Nie możesz zrobić dosłownie nic. Nie możesz przejść do innego pomieszczenia, żeby się ogrzać ani założyć cieplejszego ubrania. Szczególnie jesienią i zimą panuje tam przenikliwe zimno. Okna są celowo pozostawiane otwarte, aby przez cele nieustannie hulał przeciąg. W takich warunkach ludzie dosłownie zaczynają popadać w obłęd.

baner dziennikarze w zagrożeniu, centrum mieroszewskiego, ua future, postpravda, postprawda, dream team
#DreamTeam projektu Dziennikarze w zagrożeniu, jaki finansuje Centrum Mieroszewskiego, a realizuje Fundacja UA Future.

Zamiast poduszki – kapcie. Prycze opuszcza się jedynie na noc i na czas odpoczynku. Nieustanny chłód. Z czasem zaczynasz odczuwać, że zawodzą narządy wewnętrzne, pojawiają się problemy z nerkami, a serce zaczyna bić nieregularnie. Jest to już świadomie zaplanowany atak na więźnia politycznego. Dla białoruskiego reżimu zwykli przestępcy są normalnymi ludźmi. To więźniowie polityczni traktowani są jak ktoś nienormalny. Jeśli obok ciebie siedzi morderca, seryjny zabójca, pedofil czy bandyta, nosi zwykłą białą plakietkę z danymi osobowymi i długością wyroku. Nikt go nie niepokoi. Nie trafia do karceru, przebywa z innymi więźniami w kolonii i funkcjonuje w normalnych warunkach.

Natomiast więźniowie polityczni od razu otrzymują żółte plakietki. Trudno nie przywołać skojarzeń z czasami II wojny światowej, kiedy ludzi oznaczano różnymi kolorami. Trafiają oni do specjalnego rejestru osób objętych nadzorem prewencyjnym i są pozbawiani wszystkiego, czego tylko można ich pozbawić. Już od pierwszego dnia, pod całkowicie sfabrykowanymi pretekstami, uznaje się ich za szczególnie złośliwych naruszycieli regulaminu. Odbiera się im prawo do paczek, przekazów, widzeń z rodziną oraz rozmów telefonicznych. W praktyce zostają odizolowani nie tylko od informacji, lecz także od najbliższych. Są ludzie, którzy przez lata odbywania kary nie mają ani jednego widzenia z rodziną.

Kiedy przebywałem w celi typu zamkniętego, warunki były nieco lepsze niż w celi jednoosobowej. Mogłem korespondować z żoną. Numerowałem swoje listy. Z trzydziestu listów, które do niej wysłałem, dotarło zaledwie siedem. Pozostałe gdzieś przepadły – w administracji kolonii albo jeszcze gdzie indziej. Cenzurze podlega absolutnie wszystko. Kierownictwo kolonii kontroluje każdy list.

Protesty, łapanki i karcer za kamizelkę z napisem „PRESS”

O warunkach w kolonii porozmawiamy jeszcze bardziej szczegółowo. Chciałabym natomiast wrócić do wydarzeń z 2020 roku. Wiem, że podczas masowych protestów również został Pan zatrzymany. Z tego, co rozumiem, przebywał Pan wówczas w areszcie śledczym. Dlaczego nie wyjechał Pan z Białorusi? Czy po 2020 roku opuszczał Pan kraj? Jak doszło do Pana zatrzymania? Czy zdawał Pan sobie wówczas sprawę, że może zostać aresztowany?

W 2020 roku zostałem zatrzymany podczas jednej z akcji protestacyjnych. Otrzymałem wówczas karę 10 dni aresztu administracyjnego i odbyłem ją w całości. Tego dnia, 15 listopada, zatrzymano prawdopodobnie ponad stu dziennikarzy. Na początku protestów milicja traktowała przedstawicieli mediów jeszcze stosunkowo pobłażliwie. Jedynym wymogiem było noszenie kamizelek z napisem „PRESS”. Dziennikarzy odprowadzano nieco na bok, dzięki czemu mogli obserwować wydarzenia z relatywnie bezpiecznej odległości.

Z czasem jednak te kamizelki stały się celem. Dziennikarze stali obok milicyjnych autobusów, po czym po prostu wpychano ich do środka i wywożono na komisariaty. Przetrzymywano ich tam do zakończenia demonstracji. Chodziło o to, aby nie powstawały zdjęcia, nagrania ani wywiady – żeby protest wprawdzie się odbywał, ale nikt nie mógł go pokazać. Później zaczęto już aresztować dziennikarzy na kilka dni, oskarżając ich o rzekomy udział w protestach. Według władz nie relacjonowali oni wydarzeń jako przedstawiciele mediów, lecz uczestniczyli w demonstracjach razem z tłumem i machali flagami. Tak wyglądała sytuacja w 2020 roku. W 2021 roku praktyka ta była kontynuowana.

Właśnie w 2021 roku przyjęto nowelizację ustawy o zgromadzeniach publicznych, na mocy której dziennikarzy automatycznie zrównano z uczestnikami protestów. Przepisy, które wcześniej przewidywały jedynie odpowiedzialność administracyjną, zostały przeniesione do Kodeksu karnego. To, co wcześniej groziło grzywną albo administracyjnym aresztem, stało się przestępstwem. Jeżeli dziennikarz prowadzi transmisję na żywo lub relację online, również podlega odpowiedzialności karnej, ponieważ – zdaniem władz – rozpowszechnia informacje dyskredytujące państwo białoruskie. Wszystkie przepisy administracyjne, które wcześniej kończyły się grzywną lub kilkudniowym aresztem, stały się podstawą do skazywania na karę pozbawienia wolności. Już od 2021 roku ludzi zaczęto masowo osadzać w więzieniach. W 2023 roku do ustawodawstwa wprowadzono kolejne zmiany, które jeszcze bardziej zaostrzyły kary zarówno dla uczestników protestów, jak i dla dziennikarzy relacjonujących te wydarzenia. W 2021 roku rozpoczęły się zakrojone na szeroką skalę ataki na redakcje, a w 2023 roku przyszli już także po mnie.

Nie wyjechałem jednak z kraju, ponieważ nie uważałem, że robię coś niezgodnego z prawem. Po prostu wykonywałem swoją zwykłą pracę dziennikarską. W zawodzie pracuję od końca lat osiemdziesiątych, jeszcze od czasów radzieckich. Wtedy rozpoczęła się moja kariera. Studiowałem na Wydziale Dziennikarstwa Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego w Mińsku i już w czasie studiów pracowałem w redakcjach. W praktyce od drugiego roku odbywałem stałą praktykę zawodową. Przez wszystkie te lata nikt nie miał do mnie żadnych zastrzeżeń. Pierwsze oskarżenia, podobnie jak wobec wielu innych dziennikarzy, pojawiły się dopiero po 2020 roku. Z każdym kolejnym rokiem sytuacja stawała się coraz trudniejsza.

Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Czy nigdy nie odczuwał Pan lęku o własne życie ani nie miał przeczucia, że prędzej czy później może zostać aresztowany?

Oczywiście miałem możliwość wyjazdu. W 2021 roku proponowano mi opuszczenie kraju. W praktyce niemal cała redakcja wyjechała – może nie wszyscy, ale zdecydowana większość przeniosła się do Kijowa. Pracowali tam aż do momentu rosyjskiej inwazji. Mniej więcej dwa tygodnie przed rozpoczęciem wojny Amerykanie ostrzegali, że możliwy jest atak ze strony Moskwy. Wówczas redakcja Radia Swoboda została przenie siona na Litwę. Nie wyjechałem, ponieważ byłem związany ze swoją ziemią. Została tam moja matka, moja rodzina, moje dziecko chodziło do szkoły. I znowu powtórzę: nie uważałem, że dziennikarstwo jest przestępstwem. To taka sama normalna działalność jak praca milicjantów czy funkcjonariuszy służb, którzy rozpędzają demonstracje. Każdy wykonuje swoje zadanie: oni wymachują pałkami, a ja piszę artykuły. Oczywiście miałem poczucie, że przestrzeń wolności słowa coraz bardziej się kurczy i że wydarzenia mogą potoczyć się w niekorzystnym kierunku. Ale kiedy to się dzieje, i tak przychodzi niespodziewanie.

Kiedy więc 17 lipca 2023 roku wcześnie rano do mojego mieszkania przyszli funkcjonariusze KGB i pokazali legitymacje, zrozumiałem, że to koniec. Trzeba było pogodzić się z myślą, że szybko nie wrócę do domu. Tak właśnie wszystko się zaczęło. Od razu wymierzono mi dziesięć dni aresztu – takiego prewencyjnego, na czas, gdy śledczy mieli zdecydować, czy wszcząć postępowanie karne , czy nie. I właśnie od tych dziesięciu dni rozpoczęło się prawdziwe piekło. W rzeczywistości spędziłem tam nieco więcej czasu – prawie dwa tygodnie. Jest u nas takie miejsce – Akrescina, Centrum Izolacji Osób Naruszających Prawo. Kiedy wrzucono mnie do celi, później ją zmierzyliśmy: miała 1,7 metra szerokości i 3,4 metra długości. Wszedłem do niej jako dziesiąty. Oznaczało to około pięciu metrów kwadratowych dla dziesięciu osób. Przeżyliśmy tam niemal dwa tygodnie. Nie dało się normalnie jeść, spać ani nawet – mówiąc wprost – skorzystać z toalety. Wszystko odbywało się na oczach innych. Dziesięć osób i jedna toaleta z umywalką. Na każdego przypadało może czterdzieści centymetrów przestrzeni.

Czyli staliście?

W praktyce tak. Staliśmy, ponieważ nie było możliwości ani usiąść, ani się położyć. W nocy spaliśmy na zmianę. I nie była to wina ludzi. Zatrzymano nas jedynie jako osoby podejrzewane, chociaż nie było jeszcze wiadomo, czy w ogóle zostaną nam przedstawione jakiekolwiek zarzuty, czy może zostaniemy zwolnieni. Ale skoro już nas zatrzymano, niewiele pozostawało złudzeń, że szybko wrócimy do domu. Tak to się zaczęło. Później przez długi czas przetrzymywano mnie w areszcie śledczym. Dziewięć miesięcy spędziłem w Mińsku, a następnie przeniesiono mnie do Mohylewa. Łącznie było to około piętnastu miesięcy w warunkach aresztu śledczego, gdzie wyprowadzano człowieka na godzinny spacer, a przez resztę czasu siedział on w przepełnionej celi. Na przykład cela o powierzchni piętnastu metrów kwadratowych, a razem z tobą przebywało w niej osiemnaście lub dwadzieścia osób. Dzień po dniu. Miesiąc po miesiącu…

Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Ihar Karniej. Zdjęcie z profilu Ihara Karneja na Facebooku.

Dla dziennikarza jest to być może nawet cenne doświadczenie – później można wszystko opisać w książce. Po deportacji właśnie taką książkę napisałem. Nie została jeszcze wydana, ale rękopis jest już gotowy. Gdyby człowiek nie zobaczył tego na własne oczy, nigdy nie byłby w stanie czegoś takiego wymyślić ani opisać, bo nawet nie przyszłoby mu do głowy, że coś takiego jest możliwe. Okazuje się jednak, że we współczesnym świecie nadal istnieją takie miejsca. Jednym z nich jest Białoruś. Tam w istocie od najciemniejszych czasów niewiele zmieniło się w systemie penitencjarnym. Nadal obowiązuje ten sam podział: są więźniowie polityczni i są „zwyczajni” więźniowie. Nadal stosuje się tę samą presję. Różnica polega jedynie na tym, że obecnie nie dochodzi już do tak brutalnej przemocy fizycznej i pobić ze strony milicji jak dawniej. Zaprzestano ich po tym, jak kilka osób po prostu zmarło, nie wytrzymawszy takiego traktowania, co wywołało ogromny rezonans społeczny.

Artysta Aleś Puszkin, jeden z najbardziej znanych białoruskich performerów, uczestniczył w otwarciu wystawy w Kijowie. Ukraińscy koledzy ostrzegali go, aby nie wracał na Białoruś, ponieważ zostanie aresztowany. Był jednak człowiekiem zasad. Wrócił i rzeczywiście trafił do więzienia. W 2023 roku, dosłownie dzień przed moim aresztowaniem, zdążyłem jeszcze pojechać na jego pogrzeb. Zmarł nagle w więzieniu. Został zakatowany.

Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Aleś Puszkin, znany białoruski malarz nonkonformista, scenograf i kurator sztuki. Fot. Radio Swoboda.

Ja odbywałem karę w mieście Szkłów – rodzinnej miejscowości Łukaszenki. Znajduje się tam tak zwana wzorcowa kolonia karna. Tam również każdą osobę skazaną na podstawie artykułów politycznych natychmiast kierowano do karceru. W tym samym miejscu zmarł także jeden z naszych najbardziej znanych działaczy – Wital Aszurak. Zmarł właśnie w karcerze.

Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Wital Aszurak – pierwszy białoruski więzień polityczny, który zmarł w kolonii karnej. Fot. Nasza Niwa.

Pomoc medyczna praktycznie nie istnieje. Nie udziela się jej nawet wtedy, gdy widać, że człowiek znajduje się już na skraju śmierci. Maksimum, na co można liczyć, to jakaś tabletka od felczera. Jednak pełnowartościowej opieki medycznej w koloniach karnych i więzieniach po prostu nie ma.

W ogóle?

W ogóle. Nie ma tam specjalistów. Można by wysłać tam nawet weterynarza i z takim samym powodzeniem leczyłby ludzi. Nie istnieje też żadna motywacja, by pomagać więźniom politycznym. Niektórzy pracujący tam medycy otwarcie mówią, że nie mają obowiązku pomagać „ekstremistom” i „terrorystom”. To również jeden z największych problemów białoruskiego systemu więziennictwa – medycyna w zasadzie tam nie istnieje. Nawet jeśli widzi się człowieka w białym fartuchu, nie oznacza to jeszcze, że przyjdzie z pomocą.

Wynika to z pewnego rodzaju „filtracji” i „segregacji”. Z góry zakłada się, że więźniowie polityczni „symulują”, nawet wtedy, gdy istnieją oczywiste oznaki, że dana osoba ma poważne problemy zdrowotne i faktycznie znajduje się na granicy życia i śmierci. Ostatecznie jedyne, co można stwierdzić, to brak tętna. W tym czasie w koloniach karnych zginęło około dziesięciu znanych osób. Jest to jednak liczba daleka od pełnej skali zjawiska. Za działalność polityczną kary odbywają tysiące ludzi, lecz nawet obrońcy praw człowieka wiedzą w najlepszym razie o połowie z nich. Bardzo wiele rodzin jest tak zastraszonych, że nie informuje nikogo o losie swoich bliskich.

Jeszcze w latach 2020–2021, kiedy odbywały się procesy, wolontariusze mogli przychodzić na rozprawy i monitorować ich przebieg. Później centrum praw człowieka „Wiasna”, kierowane przez laureata Pokojowej Nagrody Nobla Alesia Bialackiego, zostało zlikwidowane, podobnie jak wszystkie inne niezależne organizacje.

Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Laureat Pokojowej Nagrody Nobla i przewodniczący centrum praw człowieka „Wiasna”, Aleś Bialacki, na wolności po 1613 dniach spędzonych za kratami. Litwa, 13 grudnia 2025 roku. Kadr z reportażu Radia Swoboda.

Wolontariusze również stali się celem represji. Dziś nie można już po prostu wejść na salę sądową, ponieważ przy wejściu natychmiast spisywane są dane paszportowe oraz adres zamieszkania. W praktyce można zostać zatrzymanym już przy wyjściu z sądu, a w najgorszym przypadku funkcjonariusze mogą przyjść po człowieka kilka dni później. Wolontariat został bowiem zrównany z udziałem w organizacji ekstremistycznej, co stanowi podstawę do bardzo poważnych zarzutów. Od tego momentu wszystkie procesy sądowe utajniono i ludzi zaczęto sądzić bez udziału opinii publicznej. W praktyce niemal wszystkie postępowania prowadzone od 2020 roku odbywają się za zamkniętymi drzwiami. Nawet obrońcy praw człowieka dopiero teraz, po trzech latach, poznają niektóre szczegóły: na jakie kary pozbawienia wolności skazano poszczególne osoby i z jakich artykułów zostały oskarżone.

Dopiero gdy wielu skazanych odbyło już ponad połowę swoich wyroków, informacje zaczynają przedostawać się na zewnątrz i okazuje się, że w danej sprawie skazano już wiele osób. Przykładem jest głośna tak zwana „sprawa Hajuna”. Setki ludzi pociągnięto w niej do odpowiedzialności za publikowanie w przestrzeni publicznej informacji, nagrań wideo lub fotografii rosyjskiego sprzętu wojskowego znajdującego się na terytorium Białorusi, a następnie przemieszczającego się w kierunku Ukrainy. Władze traktują to niemal jak zdradę stanu i wymierzają za to bardzo surowe kary. Ludzie są karani wyłącznie za informowanie o ruchach wojsk na terytorium Białorusi przed rozpoczęciem ataku na Ukrainę.

Moja sprawa ciągnęła się bardzo długo, ponieważ tak naprawdę nie mieli za co mnie skazać. Nie byłem jedynym w takiej sytuacji. Kiedy zatrzymuje się dziennikarza, bardzo trudno wymyślić, za co właściwie można go uwięzić. Przecież przez lata wykonywał swoją pracę zgodnie z prawem. Media były oficjalnie zarejestrowane w Ministerstwie Informacji, a dziennikarze posiadali akredytację Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Właśnie dlatego dla władz problemem było znalezienie podstawy oskarżenia. Z reguły sprawy przeciwko dziennikarzom są preparowane bardzo długo. Ja spędziłem dziewięć miesięcy w areszcie śledczym i przez ten czas śledczy nie potrafili nawet sensownie uzasadnić, dlaczego właściwie mnie przetrzymują.

Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Ihar Karniej. Zdjęcie z profilu Ihara Karneja na Facebooku.

Ostatecznie uznano, że jestem członkiem Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. To niezależna organizacja zawodowa, podobna do tych, które działają w Ukrainie, Polsce i wielu innych krajach. Dziennikarze mają swoje stowarzyszenia, które bronią ich interesów i w razie potrzeby zapewniają pomoc prawną. Powiązano mnie z Białoruskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy, któremu nadano status „formacji ekstremistycznej”. KGB wpisało je na swoją listę organizacji ekstremistycznych. Właśnie na tej podstawie oskarżono mnie o udział w działalności formacji ekstremistycznej. Za to skazano mnie na trzy lata kolonii karnej o ogólnym rygorze. Paradoks polegał na tym, że w tamtym czasie trzy lata więzienia były już odbierane jako stosunkowo łagodny wyrok. Po zmianach w Kodeksie karnym z 2021 i 2023 roku wszystko, co wcześniej groziło piętnastodniowym aresztem administracyjnym, zaczęło skutkować karami trzech, pięciu, siedmiu, a nawet ośmiu lat pozbawienia wolności. Aktywistom zaczęto wymierzać wręcz niewiarygodnie wysokie wyroki: dziesięć, dwanaście, piętnaście lat. Na tym tle trzy lata wydawały się niemal darem losu. Istniał jednak pewien istotny szczegół.

Nie doczekałem rozpatrzenia apelacji w Mohylewie. Po ogłoszeniu wyroku przeniesiono mnie z aresztu śledczego do kolonii karnej, mimo że złożyłem apelację i nie zgadzałem się z orzeczeniem sądu. W kolonii natychmiast zaczęto wywierać na mnie presję i odnotowywać fikcyjne naruszenia regulaminu. Wystarczy kilka takich rzekomych przewinień, aby trafić do karceru, a następnie do celi typu zamkniętego. A kiedy człowiek znajdzie się już w celi typu zamkniętego, okres przebywania w niej jest z reguły znacznie dłuższy. Od razu wymierzono mi miesiąc pobytu w celi typu zamkniętego, a następnie dołożono jeszcze pięć miesięcy. Przez cały ten czas przebywałem w celi jednoosobowej. Jeżeli po raz drugi trafiasz do celi typu zamkniętego, automatycznie wszczynane jest przeciwko tobie nowe postępowanie karne za tzw. uporczywe niewykonywanie poleceń administracji więziennej. Tak właśnie działa ten system.

W praktyce oznacza to, że z tych trzech lat więzienia, z których niemal się cieszyłem, ponieważ był to stosunkowo łagodny wyrok, można bardzo łatwo stać się więźniem bezterminowym. Co roku mogą ci bowiem dołożyć kolejny rok albo dwa lata. Dokładnie tak stało się również ze mną. Wszczęto przeciwko mnie nowe postępowanie karne i już wtedy, gdy przebywałem w karcerze, odbył się wyjazdowy proces. Sędzia i prokurator przyjechali po prostu do kolonii karnej. Wyprowadzono mnie w więziennym ubraniu z napisem „SIZO” (sztrafnoj izolator, czyli izolatka karna – uwaga tłumacza) na piersi i na plecach. Tam właśnie mnie sądzono.

Proces trwał dwa lub trzy dni. Świadkami było dwudziestu dwóch pracowników kolonii. Dwudziestu dwóch. W praktyce sparaliżowano funkcjonowanie całej kolonii, ponieważ każdy z nich opowiadał, jakim jestem „beznadziejnym naruszycielem regulaminu” i że „nie wstępuję na drogę resocjalizacji”. Prokurator zażądał dla mnie kolejnego roku więzienia. Nie wiem jednak, co wydarzyło się wówczas w sędzim. Zwykle na Białorusi sędziowie orzekają dokładnie taką karę, jakiej domaga się prokurator. Bez wyjątku. Tym razem najwyraźniej coś w nim jednak drgnęło. Administracja więzienna czyta przecież wszystkie listy – cenzura działa całkowicie. Wiedziano już, że u mojej żony zdiagnozowano chorobę nowotworową. Lekarze wiązali ją między innymi z ogromnym stresem i przeżyciami. Kiedy podczas rozprawy moja adwokatka przedstawiła dokumentację medyczną wraz z diagnozą, być może obudziło się w sędzim coś ludzkiego. Przynajmniej zamiast jednego roku wymierzył mi dziesięć miesięcy. Dwa miesiące niejako mi „darował”. Nie zmieniało to jednak istoty sprawy.

W rezultacie zamiast trzech lat miałem już do odbycia niemal cztery. A kiedy siedzi się w więzieniu i liczy swój wyrok, żyje się myślą o dniu wyjścia na wolność. Formalnie miałem opuścić więzienie w lutym 2026 roku. W rzeczywistości jednak, po doliczeniu tych dodatkowych dziesięciu miesięcy, moja kara przedłużała się niemal do końca 2026 roku. Oczywiście było to bardzo trudne. Czym innym jest po prostu odbywanie kary: chodzisz do pracy, zajmujesz się codziennymi drobiazgami.

Zupełnie czym innym jest świadomość, że mogą cię bez końca przetrzymywać w nieludzkich warunkach. Miałem szczęście, że dzięki staraniom administracji amerykańskiej rok temu, w czerwcu 2025 roku, zostałem wraz z innymi więźniami politycznymi wywieziony z Białorusi. Wielu jednak pozostało. Szczególnie działacze ruchu anarchistycznego. Są oni nieustannie poddawani represjom. Już wcześniej otrzymali wyroki od 13 do 15 lat więzienia. Wielu z nich, używając więziennego żargonu, przeszło już przez tak zwaną „rozkrętkę” trzy albo cztery razy.

„Rozkrętka” oznacza doliczenie kolejnego wyroku. Na przykład ktoś został skazany na 13 lat, a po zastosowaniu art. 411 jego kara wzrosła już do 18 lat. A skoro mowa o art. 411 – 18 czerwca 2026 roku Parlament Europejski przyjął specjalną rezolucję dotyczącą Białorusi, w której stwierdzono, że przepis ten jest niedopuszczalny i po prostu niemoralny. W ogóle nie powinien istnieć. Nigdzie na świecie nie funkcjonuje mechanizm pozwalający na bezterminowe przetrzymywanie człowieka w więzieniu poprzez nieustanne dokładanie kolejnych lat kary.

U nas bardzo znanym działaczem młodzieżowym był Dzmitryj Daszkiewicz, lider organizacji „Młody Front”. Skazano go na rok więzienia, a wyszedł dopiero po trzech latach. Każdego roku, tuż przed planowanym zwolnieniem, dosłownie w chwili, gdy jego żona z dziećmi czekała już przed bramą kolonii, wiedząc, że kara dobiega końca, wyprowadzano go do wyjścia, po czym zawracano z powrotem – wyłącznie po to, by go upokorzyć. W ten sposób tworzono warunki nieustannej presji psychicznej i moralnej. Wiedział, że czekają na niego żona i czworo małych dzieci, a mimo to odprowadzano go z powrotem do celi. Jeszcze tego samego dnia ponownie rozpatrywano jego sprawę i dokładano mu kolejny rok więzienia. Potem wszystko powtarzało się od nowa. Takich ludzi jest bardzo wielu. Byli już przygotowani do wyjścia na wolność, do zakończenia odbywania kary, a mimo to nadal przetrzymywano ich w całkowicie nieludzkich warunkach.

Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Dzmitryj Daszkiewicz. W sierpniu 2025 roku został zwolniony po wielokrotnym przedłużaniu kary pozbawienia wolności. Fot. Radio Swoboda.

Ja sam również przeżywałem bardzo trudne chwile. Nie było najmniejszych sygnałów, że mogę zostać zwolniony przed terminem. Nic nie wiedziałem o jakichkolwiek zakulisowych negocjacjach, nie docierały do mnie żadne informacje. Nawet kontakt z adwokatem był bardzo ograniczony, więc problemów nie brakowało.

Jak wyglądają obozy koncentracyjne w Białorusi?

Rozumiem, że przeszedł Pan przez kilka etapów odbywania kary i przebywał w różnych miejscach pozbawienia wolności na Białorusi. Czym różniły się one od siebie? Co było najtrudniejsze w każdym z nich? Proszę opowiedzieć o celach jednoosobowych. Jak w ogóle udało się Panu to wytrzymać?

Nawiasem mówiąc, po drugim wyroku otrzymałem już status recydywisty. Oficjalnie zostałem uznany za recydywistę. Automatycznie skierowano mnie do odbywania dalszej części kary już nie w kolonii o ogólnym rygorze, lecz do kolonii o zaostrzonym rygorze. Przebywali tam ludzie wielokrotnie karani – niektórzy nawet pięć czy dziesięć razy. Byli to już poważni przestępcy: mordercy, gwałciciele.

Czyli wszyscy przebywali razem?

Tak, wszyscy razem. Ale celem było również złamanie człowieka psychicznie. W tej więziennej hierarchii, z którą od dawna splotły się także struktury siłowe, milicja sama funkcjonuje już według reguł świata przestępczego, jeśli posłużyć się ich własnym żargonem. Chcą cię „opuścić”, czyli zepchnąć do kasty tak zwanych „opuszczonych” – ludzi, którym nikt nie podaje ręki. Trafić do tej grupy jest bardzo łatwo. Obowiązują niepisane zasady: nie wolno myć toalety, sprzątać jej ani wynosić śmieci. Jeśli, nie wiedząc, jakie będą tego konsekwencje, wyniesiesz śmieci albo umyjesz toaletę – to koniec. Sami funkcjonariusze poinformują później więźniów kryminalnych, że nie wolno z tobą utrzymywać kontaktów. W każdym oddziale znajduje się osobny barak, wydzielona część przeznaczona dla tak zwanych „opuszczonych”. To najniższy status w więziennej hierarchii. Jeśli raz się tam trafi, praktycznie nie ma już powrotu. Taki status oznacza całkowity brak szacunku – zarówno ze strony funkcjonariuszy, jak i innych więźniów. Osoby te wykonują wyłącznie najcięższe i najbardziej pogardzane prace: bez końca sprzątają, myją toalety i umywalki. Tak wygląda całe ich życie aż do końca wyroku. To swoiste piętno. Jednym z celów ciągłego kierowania więźniów do karceru jest właśnie uczynienie z człowieka „koguta”, czyli złamanie go psychicznie.

Sam nie wiem, jak udało mi się to wytrzymać. Myślę, że trzymały mnie przy życiu myśli o rodzinie. Została moja starsza matka i bardzo chciałem jeszcze ją zobaczyć. Pozostała na Białorusi. Mam czworo dzieci – cztery córki, które bardzo kocham i które kochają mnie. To również dawało mi ogromną siłę. No i oczywiście żona. Kiedy siedziałem w celi jednoosobowej i dowiedziałem się, że u mojej żony zdiagnozowano nowotwór, był to najstraszniejszy moment. Nie możesz być przy niej, nie możesz jej wesprzeć, a jedyne, o czym potrafisz myśleć, to właśnie ona.

Tam i tak nie ma żadnej radości ani pozytywnych emocji. A kiedy wiesz, że w domu dzieje się nieszczęście, a ciebie dodatkowo celowo zamykają w karcerze, staje się to szczególnie trudne do zniesienia. Oni wiedzieli o wszystkim z naszych listów, ponieważ żaden list nie przechodzi bez cenzury. Cenzurowane jest absolutnie wszystko. Wszystko jest czytane. Bez końca sporządzają i podpisują protokoły o konfiskacie korespondencji. Twierdzą, że napisałem coś, co ujawnia jakieś wewnętrzne tajemnice systemu. W rzeczywistości po prostu niszczą te listy. Pozostawała mi tylko jedna myśl: muszę wytrzymać – dla innych i dla samego siebie.

Było to jednak bardzo trudne, ponieważ przede mną kilka osób nie wytrzymało i zmarło. Byli mniej więcej w moim wieku. W takich chwilach zawsze zadajesz sobie pytanie: czym właściwie jesteś od nich lepszy? Czy jesteś silniejszy? Zdrowszy? To pewnego rodzaju loteria. Jeżeli człowieka doprowadza się do takiego stanu poprzez nieustanną presję i psychicznie nie do zniesienia warunki, to dlaczego właśnie ty miałbyś przetrwać? Tak to naprawdę wygląda.

Tym bardziej że upokorzenia spotykają cię na każdym kroku. Następują nieustanne etapy, ciągłe transporty z jednego miejsca do drugiego. Kończy się jeden etap – przewożą cię do kolonii karnej, później znowu gdzieś indziej. Wszyscy więźniowie polityczni są wpisywani do specjalnego rejestru prewencyjnego. Trafiasz do niego jako osoba skłonna do działalności ekstremistycznej. Otrzymujesz swój numer w tym rejestrze. I podczas każdej kontroli, gdy składasz meldunek, musisz sam siebie scharakteryzować. Musisz opowiadać o sobie jako o „niebezpiecznym ekstremiście” i informować, że znajdujesz się w rejestrze osób objętych nadzorem prewencyjnym. A wpis do tego rejestru oznacza cały szereg dodatkowych problemów. Jednym z nich są nieustanne transporty do innych miejsc – czy to do innej kolonii karnej, czy pomiędzy poszczególnymi koloniami. Mnie przewożono wiele razy – wydaje mi się, że osiem. Nieustannie przerzucano mnie z miejsca na miejsce.

W czasie odbywania kary człowiek siłą rzeczy gromadzi trochę rzeczy. Coś wydają w kolonii: jeden komplet ubrań, zimowy mundur, cieplejszą odzież. Wszystko to leży w torbach. Dochodzą jeszcze rzeczy osobiste i żywność przekazywana przez bliskich. Są to dość duże i ciężkie torby. Oczywiście nikt ich za ciebie nie poniesie. Przed wsadzeniem do więźniarki albo do specjalnego wagonu kolejowego przeznaczonego do transportu więźniów zakładają ci kajdanki. Niektórym skuwają ręce z tyłu, jeśli mają status „terrorysty”. Mnie zakładano kajdanki z przodu, ale nawet wtedy było to niezwykle trudne. Trzeba przecież nieść dwie ciężkie torby rękami skutymi kajdankami. Ale to jeszcze nie wszystko.

Czytaj także: Rosja w 3 lata zabiła 135 dziennikarzy. Publikujemy pełną listę

Brał Pan te torby w skute kajdankami ręce i sam je przenosił?

Tak, oczywiście. A już w samym pociągu kajdanek również nie zdejmują, chociaż obok mogą siedzieć mordercy albo seryjni zabójcy. Nawet osoby znajdujące się w rejestrze prewencyjnym za próbę napaści na funkcjonariuszy służb. Wszyscy oni podróżują bez kajdanek. Tak właśnie wygląda ta segregacja: są „normalni” przestępcy i są „nienormalni”. A „nienormalni” to właśnie więźniowie polityczni. Jeśli wyobrazić sobie wagon sypialny, to tutaj nie ma okien. Wszystko jest zakratowane. To po prostu zamknięta metalowa przestrzeń. Upycha się tam po dziesięć, piętnaście osób. Ktoś leży na drugiej pryczy, ktoś na trzeciej. Sam transport więźniów stanowi osobną próbę. Z reguły odbywa się to nocą, aby nie szokować ludzi, którzy mogliby to zobaczyć. Wagony podstawia się zazwyczaj na bocznych torach dworca. Same transporty również odbywają się nocą. Do kolonii więźniów także przywozi się w nocy. Tam umieszcza się ich w tak zwanych pomieszczeniach przejściowych. Z reguły są to brudne, śmierdzące cele tymczasowe. A ponieważ służą jedynie jako miejsca przejściowe, nikt ich nie sprząta.

baner dziennikarze w zagrożeniu, centrum mieroszewskiego, ua future, postpravda, postprawda

Czy byli obok Pana inni więźniowie polityczni? Czy był Pan jedynym wśród pozostałych osadzonych?

Nie, obecnie więźniów politycznych jest bardzo wielu. Kiedy przebywałem w areszcie śledczym, początkowo było nas dwunastu w jednej celi. Później przeniesiono nas do innej, gdzie przebywało już piętnaście osób. W praktyce połowa z nich odbywała karę właśnie za przestępstwa o charakterze politycznym. To właśnie w latach 2022–2023 rozpoczęły się masowe procesy sądowe. W tym czasie technologie rozpoznawania twarzy były już bardzo dobrze rozwinięte – zresztą jest to białoruskie rozwiązanie technologiczne. Władze zaczęły bardzo intensywnie zatrzymywać osoby uczestniczące w protestach. W latach 2020–2021 ludzi zatrzymywano głównie bezpośrednio podczas demonstracji, po prostu wyciągając ich z tłumu. Później zaczęto jednak analizować nagrania z kamer monitoringu. To właśnie kamery zaczęły „wydawać” uczestników protestów. I ten system zaczął ich masowo mielić – tysiącami.

Więźniów politycznych było już tak wielu, że w koloniach karnych zaczęło brakować miejsc. Dlatego wielu skazanym zaczęto wymierzać tak zwaną „chemię domową”. To jeszcze radzieckie określenie, które przetrwało do dziś. Oznacza ono odbywanie kary we własnym domu. Jednak milicja może przychodzić na kontrole trzy lub cztery razy dziennie. Funkcjonariusze mogą kazać dmuchać w alkomat, sprawdzając, czy skazany nie spożywał alkoholu. Człowiekowi nie wolno opuszczać domu bez zezwolenia. Wszystko jest ściśle ograniczone – można jedynie pójść do sklepu lub do innych dozwolonych miejsc. W praktyce jest to forma aresztu domowego. Istnieje również dosłowny areszt domowy, kiedy razem z tobą mieszkają funkcjonariusze KGB albo milicji. Po prostu zamieszkują w twoim mieszkaniu i przez całą dobę obserwują cię jako osobę skazaną. W mieszkaniu montowane są także kamery monitoringu.

Poza tym wszystko było w porządku. Jedynie w koloniach sytuacja wygląda nieco inaczej. Bardzo rozpowszechnionym zjawiskiem są tam tak zwane „szóstki” – więźniowie, którzy w zamian za różnego rodzaju przywileje lub ulgi donoszą administracji na innych osadzonych. Na przykład informują, że kontaktujesz się z kimś. Panowało przekonanie, że więźniowie polityczni są personae non gratae dla pozostałych osadzonych. Za kontakty z politycznymi inni więźniowie mogli bowiem mieć poważne problemy. Dlatego niektórzy bali się z nami rozmawiać. Jeśli administracja się o tym dowiedziała, mogli trafić do karceru. A nikt nie chciał tam trafić. Mimo to takie kontakty istniały. Co ciekawe, kiedy zostałem przeniesiony do kolonii o zaostrzonym rygorze, wydawało mi się, że będzie tam znacznie gorzej, że presja zarówno ze strony współwięźniów, jak i funkcjonariuszy będzie jeszcze większa.

Okazało się jednak dokładnie odwrotnie. Przede wszystkim administracja nie ma już złudzeń co do możliwości resocjalizacji ludzi, którzy odsiadują piąty, siódmy czy ósmy wyrok z rzędu. Dla nich więzienie jest już domem. Są ludzie, którzy spędzili za kratami 30–40 lat, wychodząc na wolność jedynie na krótkie okresy. Wykształcili taki sposób życia, że prawdziwym domem stała się dla nich właśnie kolonia karna. Nikt nie wywiera już na nich szczególnej presji. Kiedy wychodzą na wolność, albo od razu komuś rozbijają nos, albo coś ukradną i ponownie trafiają za kraty. Panuje przekonanie, że takich ludzi nie da się już zmienić.

My, więźniowie polityczni, w tej swoistej filozofii funkcjonowania kolonii czuliśmy się nawet nieco swobodniej. Kiedy jednak trafiłem do Mozyrza – miasta położonego przy granicy z Ukrainą, niedaleko ukraińskiego Polesia – sytuacja była szczególna. Znajduje się tam Mozyrska Rafineria Nafty, która obecnie jest jednym z potencjalnych celów dla Ukrainy, ponieważ zaopatruje armię rosyjską w paliwo. Mimo to stosunek do mnie w Mozyrzu był całkowicie normalny. Byłem nawet zaskoczony, że oficerowie odnosili się do mnie ze zrozumieniem. Choć zaraz po przybyciu skierowano mnie do kwarantanny.

Tak dzieje się w każdej kolonii karnej: nowo przybyły więzień musi przejść dwutygodniową kwarantannę. Jest to swego rodzaju okres adaptacyjny, podczas którego wyjaśnia się zasady obowiązujące w kolonii, zapoznaje z regulaminem i wprowadza w realia życia więziennego. Mnie jednak nie pozwolono odbyć nawet tych dwóch tygodni kwarantanny. Już po kilku dniach zabrano mnie do karceru i skierowano tam na miesiąc. Najpierw dostałem 15 dni, a potem kolejne 15. Jedyna różnica polegała na tym, że nie była to cela jednoosobowa – przebywało nas tam czterech. Dzięki temu było trochę łatwiej. Czas nie upływał w tak ponurych myślach, lecz na rozmowach.

Proszę opowiedzieć więcej o tym, jak wyglądał Pana dzień. Jakie panowały warunki? Co jedliście? Czy mogliście rozmawiać między sobą i z innymi więźniami politycznymi?

W areszcie śledczym wszystko było mniej więcej uporządkowane i odbywało się według ustalonego harmonogramu. Raz w tygodniu prowadzono nas pod prysznic. W naszym przypadku był to czwartek. Ponieważ w celach przebywało bardzo wielu ludzi, dla każdego skrzydła wyznaczano osobny dzień. Można było rozmawiać z innymi współwięźniami w celi i nie było z tym żadnego problemu. Istniało nawet pewnego rodzaju więzienne „know-how”. W rzeczywistości nie było to jednak nic nowego, lecz bardzo stara tradycja wywodząca się jeszcze ze środowiska przestępczego. W zasadzie można było utrzymywać kontakt także z innymi celami. Nazywano to „drogą”. W praktyce między oknami przerzucano sznurki. Robiono je z nici – ktoś pruł sweter albo myjkę na pojedyncze włókna. Następnie z gazety zwijano prowizoryczny ciężarek i przerzucano go do drugiego okna. W ten sposób między celami można było przekazywać grypsy, a nawet niewielkie przedmioty. Ludzie, którzy trafiali tam nie po raz pierwszy, doskonale wiedzieli, jak to działa. Taka forma komunikacji istniała, a funkcjonariusze w większości przypadków przymykali na nią oko.

Przebywałem w areszcie śledczym w Mińsku. Uważano go za stosunkowo liberalny. Po 2020 roku również z niego próbowano zrobić coś na wzór Akrescina – Centrum Izolacji Sprawców Wykroczeń, gdzie nad ludźmi, zwłaszcza zatrzymanymi podczas protestów, po prostu się znęcano. Kierownictwo uznało jednak, że nie ma potrzeby zamieniać tej placówki w katownię. Dlatego stosunek do nas był mniej więcej umiarkowany. Nas, więźniów politycznych, również wpisywano do rejestru osób objętych nadzorem prewencyjnym, ale nie pociągało to za sobą szczególnych konsekwencji. Wolno było otrzymywać paczki i przekazy od bliskich. Oczywiście rozmowy telefoniczne były zabronione, ale korespondencja funkcjonowała w miarę normalnie. Pierwszych dziewięć miesięcy w areszcie śledczym przebiegło stosunkowo spokojnie.

Później przeniesiono mnie do Mohylewa, do więzienia nr 4. Tam czekałem na rozpatrzenie apelacji przez Sąd Najwyższy. Warunki były już znacznie surowsze. Kilka razy dziennie musiałem odczytywać specjalny meldunek: przedstawiać się jako „ekstremista”, podawać nazwisko i informować, że znajduję się w rejestrze osób objętych nadzorem prewencyjnym jako skazany za przestępstwo o charakterze ekstremistycznym, i tak dalej.

Najgorsze zaczęło się jednak dopiero wtedy, gdy trafiłem do rodzinnych stron Łukaszenki – do kolonii karnej w Szkłowie. W karcerze prysznic przysługiwał tylko raz w tygodniu. Ci, którzy przebywali tam dłużej, wychodzili już z brodami. Tymczasem w areszcie śledczym nawet jednodniowy zarost był uznawany za naruszenie regulaminu. Karcer to najgorsze miejsce ze wszystkich. Nie ma tam absolutnie niczego. Przez cały dzień liczysz każdą minutę, a czas ciągnie się w nieskończoność. Ma się wrażenie, że doba nie trwa 24 godzin, lecz sto. Nie ma czym się zająć. Można jedynie przez cały dzień chodzić w kółko po siedmiometrowej celi, bez końca odliczając kolejne okrążenia. Nie masz gazet, nie dostajesz absolutnie niczego.

Nie możesz pisać listów. Nie masz nic. Jest tylko więzienny drelich, który wydają ci na czas odbywania kary. I to wszystko. Niezależnie od tego, czy jest gorąco, czy zimno, nie możesz ani zdjąć części ubrania, ani dodatkowo się ogrzać. Dopiero na noc odchyla się od ściany pryczę. Kładziesz się na gołych drewnianych deskach. Jest ręcznik, ale nie wolno używać go nawet jako poduszki, żeby było choć trochę miękcej. Pod głowę można co najwyżej podłożyć klapek. Zresztą do dziś mam odleżyny na bokach. Po pół roku spania na tych deskach pozostały siniaki, które nie znikały przez lata.

Nie ma możliwości kupienia czegokolwiek. W koloniach działają wprawdzie sklepiki, w których można zamawiać produkty z listy, ale obowiązują bardzo niskie limity. Kiedy przebywałem w pomieszczeniu typu celkowego, mogłem wydać równowartość około dziesięciu euro miesięcznie. Co można za to kupić? Trochę cukierków, jakieś ciastka, herbatę. I tyle. Na tym limit się kończył. Siedzisz więc i dosłownie liczysz. Liczysz, ile łyżeczek herbaty albo kawy zostało jeszcze w opakowaniu. Rozdzielasz wszystko tak, żeby nie wypić tego w ciągu tygodnia, lecz żeby wystarczyło na cały miesiąc. Staraliśmy się oszczędzać dosłownie każdą filiżankę kawy. Już w pomieszczeniu typu celkowego, po spacerze – bo w karcerze spacerów nie ma w ogóle – jedna filiżanka kawy i jedno ciastko stawały się małą radością. W taki sposób próbujesz podtrzymać się na duchu, ciesząc się z tego, że masz choć taki drobiazg.

Tortury, choroby, represje za notatki i barszcz z paszy dla bydła

Ile kilogramów Pan schudł?

Jedzenie wszędzie było bardzo złe. W areszcie śledczym było jeszcze jako tako, ponieważ nie jesteś jeszcze skazany, lecz jedynie podejrzany. Trwa śledztwo i dopiero ma odbyć się proces. Można tam było otrzymywać paczki, więc było łatwiej. Wolno było dostać do 30 kilogramów paczek miesięcznie. Dzieliliśmy się jedzeniem, czasami trafiał się smalec albo jakaś kiełbasa. Ale i tak wielu produktów nie przepuszczano, ponieważ nie było lodówek, a latem wszystko bardzo szybko się psuło. Kiedy trafiłem do kolonii karnej, od razu pozbawiono mnie prawa do otrzymywania paczek i przekazów. Nie miałem już nic. Jedzenie było bardzo złej jakości, nie było żadnych witamin. Przez cały 2024 rok – całe lato, jesień i zimę – siedziałem w celi jednoosobowej i przez ten czas nie zjadłem ani jednego jabłka, ani kawałka ogórka czy pomidora. Niczego. Zero witamin. To było po prostu powolne osłabianie i wyniszczanie organizmu. Chudniesz, ponieważ jedzenia, które otrzymują więźniowie, jest za mało. Dla dorosłego mężczyzny tej zupy i kaszy jest po prostu zbyt niewiele.

Kiedy mnie zatrzymano, byłem dobrze zbudowany – ważyłem 97 kilogramów. Kiedy mnie deportowano i przywieziono do Wilna, następnego dnia koledzy z Radia Swoboda zorganizowali mi badania w szpitalu. Wtedy ważyłem już 79 kilogramów. A przecież przed deportacją przez dwa miesiące przebywałem już w kolonii, gdzie widziałem słońce i niebo, chodziłem do pracy. Sądzę więc, że zdążyłem nawet trochę przytyć. Myślę, że w najgorszym okresie ważyłem około 70 kilogramów. Nie była to jednak największa utrata wagi. Mam na myśli to, że startowałem z poziomu około 97 kilogramów, podczas gdy wielu innych ludzi znajdowało się w znacznie gorszym stanie. Nasi liderzy – Wiktar Babaryka, Siarhiej Cichanouski i Alaksandr Fieduta – w chwili zatrzymania ważyli po 140–150 kilogramów. Kiedy ich zwolniono, z Siarhiejem Cichanouskim ważyliśmy tyle samo – po 79 kilogramów. Ludzie tracili po 60–70 kilogramów, czyli w praktyce połowę masy ciała.

Podczas badań lekarze powiedzieli mi, że wykryto u mnie poważną anomalię – mój organizm wykazywał niemal całkowity niedobór witaminy D. Jej poziom był praktycznie zerowy. A przecież wpływa ona na funkcjonowanie wątroby, nerek i całego organizmu. Najprawdopodobniej było to skutkiem długotrwałego przebywania bez normalnego dostępu do świeżego powietrza. Nawet kiedy siedzieliśmy w areszcie śledczym, w celi o powierzchni 15 metrów kwadratowych przebywało 15 osób. Na jednego więźnia przypadał zaledwie jeden metr kwadratowy przestrzeni. Bez wietrzenia, bez wentylacji, bez niczego. I wszyscy palili. Spośród piętnastu osób tylko ja nie paliłem, pozostali palili bez przerwy. W celi stale unosiła się zasłona dymu, a powietrze praktycznie nie krążyło.

Odbiło się to na Pana zdrowiu, prawda?

Powiedziałbym, że tak. Lekarze w tej klinice w Wilnie powiedzieli mi nawet, że mogło być znacznie gorzej. Stwierdzili, że mój organizm wykazał wyjątkową odporność i wytrzymałość, dzięki którym udało mi się przetrwać te doświadczenia. Z drugiej strony spędziłem tam jednak „tylko” dwa lata – w porównaniu z innymi. Niektórzy siedzą już trzeci rok, inni odsiedzieli cztery albo pięć lat. Sądzę więc, że ich problemy zdrowotne są znacznie poważniejsze. Sam jednak odczuwałem problemy z nerkami. Były po prostu permanentnie wychłodzone. Kiedy nieustannie leży się na zimnych deskach i przebywa w przeciągach, nerki przestają prawidłowo funkcjonować. Miałem także zaburzenia rytmu serca. Na szczęście teraz wszystko stopniowo wraca do normy.

Problemy miałem również z zębami. Zresztą uzębienie jest problemem niemal wszystkich osadzonych. To skutek ciągłego wychłodzenia organizmu. Wielu więźniów nadużywa też tzw. czifiru – bardzo mocnej, skoncentrowanej herbaty, którą piją przez cały dzień. Taki napój dosłownie niszczy zęby. To jeden z największych problemów. Żartowaliśmy nawet, że na całą celę można by naliczyć najwyżej pięć zdrowych zębów. To niemal dosłownie prawda, ponieważ leczenia po prostu nie ma. Ludzi bolą zęby i albo wyrywają je sobie sami, albo idą do dentysty, który przyjmuje raz w tygodniu i… również może tylko wyrwać ząb. Nikt nie zamierza leczyć zębów ani w kolonii karnej, ani w areszcie śledczym – jedynym „zabiegiem” jest ekstrakcja. U osób odbywających bardzo długie wyroki pod koniec kary często prawie nie pozostają już własne zęby.

U mnie również, wskutek wychłodzenia organizmu, złego odżywiania i całkowitego braku witamin, stan uzębienia znacznie się pogorszył, choć nie aż tak bardzo jak u wielu innych. Jeszcze przed aresztowaniem zdążyłem zadbać o zęby, więc pod tym względem sytuacja była u mnie w miarę dobra. Natomiast ogólnie problem opieki medycznej jest, powtórzę, niezwykle poważny. Po prostu jej nie ma. Zwłaszcza dla osób skazanych z artykułów politycznych. Lekarze, którzy składali przysięgę Hipokratesa i zobowiązali się pomagać wszystkim, zdradzili zarówno tę przysięgę, jak i własny zawód. Niemal co drugi więzień opowiadał, że personel medyczny otwarcie mówił, iż tym „ekstremistom” i „terrorystom” żadna pomoc się nie należy.

Na przykład gdy miał Pan bardzo wysoką gorączkę albo był chory – naprawdę niczego nie dawali? Żadnych tabletek?

Tabletki? To wręcz śmieszne. W areszcie śledczym był taki lekarz. Wszyscy się z niego śmiali i żartowali, ale przynajmniej nie był złośliwy. Bo niektórzy lekarze zachowują się jak w obozie koncentracyjnym – są wyjątkowo okrutni. Ten przypadek dobrze pokazuje, jak funkcjonuje cały system opieki medycznej. Jeśli jeden więzień mówi, że boli go głowa, a drugi obok skarży się, że tak bardzo boli go kręgosłup, iż nie może ani usiąść, ani się położyć, lekarz wyciąga z kieszeni jakąś tabletkę bez opakowania, przełamuje ją na pół i mówi: „Ta połówka jest na ból głowy, a ta na ból pleców”. Tak właśnie wygląda tam medycyna.

W praktyce nie podaje się niemal żadnych leków. Istnieją jedynie tzw. przesyłki medyczne: bliscy wysyłają leki, które trafiają do ambulatorium więziennego, ale więźniom ich nie wydaje się. Dopiero gdy sytuacja staje się naprawdę krytyczna – na przykład ktoś ma rozrusznik serca i bez leków nie jest w stanie funkcjonować – istnieje szansa, że je otrzyma. Ale nawet to wymaga długiej, biurokratycznej procedury składania wniosków. Wszystko musi zostać zatwierdzone przez Departament Wykonywania Kar Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zanim człowiek doczeka się swoich leków, może po prostu umrzeć, jeśli rzeczywiście cierpi na poważną chorobę. Tak samo jest z inhalatorami. Wieczorem przynoszą inhalator, pozwalają wykonać jedno rozpylenie przed snem i natychmiast go zabierają. Jeśli atak nastąpi w nocy – nikogo to nie obchodzi. To kolejny sposób wyniszczania ludzi. Chory człowiek po prostu stopniowo ulega zniszczeniu w systemie penitencjarnym.

Co więcej, do dziś przebywają tam więźniowie chorzy na gruźlicę. Wydaje się, że niemal cały świat skutecznie walczy z tą chorobą, a w białoruskich więzieniach chorzy na gruźlicę mieszkają w tych samych oddziałach co zdrowi ludzie. Widziałem człowieka, któremu usunięto już jedno płuco. Kaszlał krwią, wszystko wokół było nią zachlapane, a tuż obok spał zdrowy więzień. To wszystko rozprzestrzeniało się wokół. To po prostu koszmar. Trudno uwierzyć, że taki stan rzeczy jest możliwy w Europie XXI wieku.

baner dziennikarze w zagrożeniu, centrum mieroszewskiego, ua future, postpravda, postprawda

Wiem, że dwukrotnie odebrano Panu notatki, które Pan prowadził. Proszę o tym opowiedzieć.

Tak, zabrali je… Kiedy przebywałem w areszcie śledczym, prowadziłem dziennik. Każdego dnia zapisywałem swoje wrażenia – mniej więcej jedną stronę zeszytu. W więzieniu nieustannie trwa rotacja ludzi. Jednych przyprowadzają, innych wyprowadzają. Spotyka się tam bardzo interesujących ludzi, zwłaszcza więźniów politycznych. Wielu z nich to osoby świetnie wykształcone, z wyższym wykształceniem. Przewinęli się tam przedstawiciele praktycznie wszystkich środowisk. Byli również pracownicy, powiedzmy, instytucji religijnych. Byli tam ludzie, którzy służyli w katedrze. Miałem tam jednego znajomego, z którym do dziś utrzymuję kontakt. Jest prawą ręką metropolity, ceremoniarzem podczas wszystkich najważniejszych uroczystości.

Do więzienia trafia się tam nawet za komentarze w internecie. Bardzo wiele spraw dotyczy „znieważenia Łukaszenki”. W białoruskim prawie istnieje nawet osobny przepis dotyczący „znieważenia prezydenta”. Myślę, że zostanie on uchylony w pierwszej chwili po wyborze nowego prezydenta, ponieważ w rzeczywistości chodzi wyłącznie o znieważenie Łukaszenki. Jest on człowiekiem wyjątkowo przewrażliwionym na swoim punkcie – bardzo wrażliwy i łatwo się obraża. Obrażeni czują się także urzędnicy, sędziowie i funkcjonariusze służb. Wszyscy są „obrażeni”. Za takie przestępstwa ludzie otrzymują po trzy, cztery, a nawet pięć lat więzienia – w zależności od tego, co napisali.

Do więzień trafiali dosłownie wszyscy. Byli tam pracownicy państwowej telewizji, artyści, muzycy, bardzo znane na Białorusi osoby, naukowcy. Ludzie wykształceni, którzy sami doszli do wszystkiego własną pracą, znaleźli się za kratami tylko dlatego, że odważyli się wyrazić własne zdanie. Za odmienność poglądów. Napisałem książkę. Jej podtytuł brzmi: „Jak wybija się z ludzi odmienność myślenia”. Oparłem ją na własnych doświadczeniach. Tortury, izolatka – wszystko to pokazuje, jak niszczy się w człowieku niezależne myślenie. Zresztą cały system więzień i kolonii karnych służy właśnie temu, by wykorzenić z człowieka wszelką odmienność poglądów. Żeby stał się częścią milczącej masy, która nic nie mówi i przystosowuje się wyłącznie po to, by przetrwać.

Prowadziłem wtedy dziennik. Wszystko było w porządku, dopóki nie trafiłem do kolonii karnej. Tam bardzo aktywnie działa wydział operacyjny. To tacy miejscowi funkcjonariusze KGB. Oni również zwalczają niezależne myślenie, tylko już na innym poziomie. Zaczęły się problemy z korespondencją. Kiedy żona albo dzieci do mnie pisały, całe akapity ich listów były po prostu zamazywane, żebym nie dowiedział się, co dzieje się po drugiej stronie drutów kolczastych. Moje listy z kolei często w ogóle nie docierały do adresatów. A jeśli już wracały, to z adnotacją, że zawarte w nich informacje nie mogą być rozpowszechniane. Czasami chodziło o zupełnie banalne rzeczy. Na przykład, gdy trafiłem do więzienia w Mohylewie, napisałem w liście, że skończyły się zapasy żywności i trzy razy w tygodniu karmiono nas ziemniakami. Były one bardzo złej jakości – takimi, którymi nie karmi się już nawet świń. Po prostu mieszano je z wodą, tworząc rozdrobnioną papkę. Napisałem, że w domu nigdy nie jadłem zbyt wielu ziemniaków, a tutaj jestem zmuszony jeść je trzy razy w tygodniu, i to w tak marnej jakości.

List został mi zwrócony. Na kopercie ktoś napisał, niczym nauczycielka w szkole: „Przepisać”. Podkreślono fragment, w którym ujawniałem „tajemnicę”, że więźniów karmi się wyłącznie ziemniakami. Kazano mi go usunąć. Nie wolno było dyskredytować systemu penitencjarnego, w którym po prostu skończyła się żywność. Zwłaszcza przed nowym sezonem, kiedy nie było jeszcze świeżych warzyw i pozostawały jedynie ziemniaki przechowywane w kopcach. Kapusta również była już skisła i sfermentowana. Kiedy ją gotowano, fetor rozchodził się chyba po całej kolonii. Wszyscy wiedzieli, że tej kapusty nie da się jeść – była po prostu otruta. Nie jadł jej nikt, nawet najbardziej głodni więźniowie. W ogóle wszystkie produkty tam są głównie paszowe. Kiedy odbywałem dyżury w kolonii o zaostrzonym rygorze w Mozyrzu, obieraliśmy buraki, cebulę i marchew – wszystko to były warzywa przeznaczone właściwie na paszę dla zwierząt.

Czyli chodzi o produkty przeznaczone na paszę dla bydła?

Tak, dokładnie. Z takich właśnie buraków gotuje się barszcz. Mówią: „Dzisiaj będzie barszcz”. Przynoszą go, a on jest niemal przezroczysty, z pływającymi kawałkami tych buraków. Są to buraki pastewne, którymi karmi się bydło w gospodarstwach leśnych i kołchozach. Rozmawiałem z jednym z więźniów pracujących w kuchni. Powiedział, że wszystkim koloniom karnym postawiono jeden cel – kupować jak najtańsze produkty. Wyłącznie najtańsze. Dlatego biorą ziemniaki z kopców, które w kołchozach przeznacza się na zimową paszę dla krów i świń. Wybierają te najtańsze: na wpół zgniłe, zielone, porośnięte kiełkami. Tak samo jest z burakami. Wszyscy czekaliśmy na jeden dzień w tygodniu, kiedy podawano rybę – błękitka. Jeden z pracowników stołówki mówił, że po wyjściu już nigdy w życiu nie zje ryby. Jak wilk jest sanitariuszem lasu, tak błękitek jest sanitariuszem zbiorników wodnych. Gdy się go rozcina, aż roi się od pasożytów.

Na opakowaniach błękitka, w dokumentach dostawy, było wprost napisane, że ryba ta przeznaczona jest na karmę dla ogrodów zoologicznych, cyrków, objazdowych menażerii, ferm zwierząt futerkowych, gdzie hoduje się norki czy piżmaki, a także dla kolonii karnych. Wszystko było tam wyraźnie wyszczególnione. Błękitek jest bowiem rybą „sanitarną”. Dla piżmaków – w porządku. Jednak jeśli ryba jest silnie zarażona pasożytami, to praktycznie w stu procentach pozostaje ich nosicielem. Więźniowie nie mieli jednak wyboru i jedli tę rybę.

Wszystko to opisywałem w swoich dziennikach. Oczywiście, kiedy funkcjonariusze KGB przeczytali moje zapiski, powiedzieli: „Przyszyjemy ci czerwoną plakietkę”. Czerwona plakietka oznacza status osoby „skłonnej do ucieczki”. Zagrozili mi, że jeśli nadal będę pisał takie rzeczy, znajdą na mnie sposób. Taki status oznaczałby w praktyce pozbawienie wszelkich praw, między innymi prawa do korespondencji z rodziną. Powiedzieli też, że nikt nie będzie czytał moich bazgrołów – po prostu wpiszą, że w dziennikach przygotowywałem plan ucieczki z kolonii karnej. I zabrali je –  najpierw raz. A potem, już w kolonii o zaostrzonym rygorze, tuż przed zwolnieniem i wydaleniem z kraju, skonfiskowali również drugi dziennik, który prowadziłem. Oficjalnym powodem było to, że osobiste notatki więźniów podlegają okresowej kontroli zgodnie ze szczególną procedurą.

W rezultacie nie zostało mi nic. Kiedy nas wydalano z Białorusi, funkcjonariusze KGB zabrali wszystkie oryginały wyroków, wszystkie moje apelacje do Sądu Najwyższego, wszystkie odpowiedzi Sądu Najwyższego, a także dokumenty dotyczące drugiego wyroku wydanego przez Sąd Obwodowy w Mohylewie, w których figurowały osoby odpowiedzialne za te represje. Zależało im na tym, żebym nie miał przy sobie żadnych dokumentów, które mogłyby kiedyś posłużyć jako dowody w postępowaniu przeciwko organizatorom represji. W rękach został mi jedynie paszport. Był to jedyny dokument, z którym wyrzucono mnie za granicę – z workiem na głowie, w kajdankach i z paszportem. W kolejnych grupach wydalanych, począwszy od jesieni, a następnie zimą i wiosną, wielu znanym więźniom politycznym odebrano już nawet paszporty. Nie pozostawiono im żadnych dokumentów. Otrzymali jedynie prowizoryczne zaświadczenia z pieczątką potwierdzającą, że dana osoba jest obywatelem Białorusi.

Ihar Karniej: Białoruś zabija człowieka w człowieku

Kim czuł się Pan w więzieniu: dziennikarzem, więźniem politycznym, Białorusinem czy po prostu zwykłym człowiekiem? I czy nie przestał Pan być dziennikarzem? Co w ogóle znaczy być dziennikarzem w takich warunkach?

Przede wszystkim za dziennikarza uważali mnie sami funkcjonariusze. Na każdym etapie – począwszy od aresztu śledczego, a później także wszyscy pracownicy karcerów i kolonii karnych. Nieustannie podkreślali, że siedzę za to, iż zakłócałem spokój i stabilność społeczeństwa. Uważali, że skoro pracowałem dla Radia Swoboda, czyli – w ich przekonaniu – „amerykańskiego radia”, to zostałem „kupiony przez zagranicznych lalkarzy”, którzy próbowali obalić reżim na Białorusi.

Byli przekonani, że wszystkie ukraińskie Majdany również zostały zainspirowane przez Zachód. Do dziś wierzą, że istnieje piąta kolumna, która chce zniszczyć stabilność Białorusi. A dziennikarze – zwłaszcza niezależni – należą do tych, którzy temu służą. Bo są przecież dziennikarze oficjalni, propagandyści, i są niezależni, którzy, ich zdaniem, próbują podważyć system państwowy zbudowany przez Łukaszenkę. Tak właśnie to postrzegali. Uważali, że przed nim na Białorusi właściwie nic nie istniało. Cztery lata niepodległości przed 1994 rokiem miały być jedynie pomyłką, okresem chaosu i politycznej nieodpowiedzialności ludzi walczących o władzę. Natomiast Łukaszenka, kiedy doszedł do władzy, miał zbudować kryształowe naczynie, które od tamtej pory nieustannie niesie w swoich rękach. Dlatego traktowano mnie nie jak wroga narodu, ale jak wroga reżimu. Bo jeśli tacy ludzie jak ja stanowili jakiekolwiek zagrożenie, to wyłącznie dla samego reżimu.

Ja jednak się nie poddałem. Oczywiście nadal czułem się dziennikarzem. Przez cały czas miałem jeden cel – dokumentować to wszystko w swoich dziennikach, a jednocześnie zapisywać wszystko w pamięci, ponieważ podejrzewałem, że notatki mogą mi zostać odebrane i nie będzie można na nich polegać. Dlatego zapamiętywałem i utrwalałem każdy szczegół. Kiedy odzyskałem względną wolność – względną, bo nikt nas nie pytał, czy chcemy zostać na Białorusi, czy wolimy, żeby po prostu wyrzucono nas z kraju. Nikt nie dawał nam takiego wyboru. Gdy zaproponowano mi napisanie książki, ukończyłem ją dosłownie w dwa miesiące. Pierwszego września ubiegłego roku usiadłem do pisania, a trzydziestego pierwszego października oddałem gotowy rękopis. Dokładnie dwa miesiące.

To była właściwa decyzja. Nie można było tego odkładać. Dopóki wszystko było jeszcze świeże w pamięci, dopóki emocje nie zdążyły ostygnąć, mogłem odtworzyć całe wydarzenia nawet bez swoich notatek. Żal mi tych dzienników. Żal mi także wierszy, które pisałem dla współwięźniów i o naszej wspólnej sytuacji. Mam jednak poczucie, że udało mi się wiernie oddać atmosferę tamtych wydarzeń i rzeczywistość, w której żyliśmy. Teraz pozostaje mi już tylko czekać na ukazanie się książki. Wszystko zależy od spraw technicznych związanych z drukiem. Być może publikacja nieco się opóźni, choć chciałbym, żeby ukazała się jak najszybciej. Najważniejsze jednak, że znajdzie się w niej wszystko, co naprawdę istotne.

Co zrozumiał Pan w więzieniu o współczesnej Białorusi i co zrozumiał Pan o sobie?

Budzi to przede wszystkim smutek, że Białoruś przez ponad trzydzieści lat rządów Łukaszenki cofnęła się właściwie do jakiegoś średniowiecza – i to w najgorszym znaczeniu tego słowa. Kiedy nie ma prawa, a wszystkie struktury władzy zostały zespolone w jedną całość, oznacza to, że nie istnieje już żaden podział władz. Wszystko tworzy jedną represyjną machinę. A kiedy przeciwko człowiekowi występują jednym frontem śledczy, prokuratura, sędzia i sama władza, nie ma nikogo, kto mógłby zakwestionować prześladowanie. Niestety, perspektywy dla Białorusi są dziś bardzo ponure. Dlatego wielu ludzi pokłada nadzieję właśnie w Ukrainie – w pewnej pośredniej pomocy.

Chodzi o to, że gdy załamie się reżim na Kremlu i zabraknie Putina, jego wierny wasal, Łukaszenka, nie będzie w stanie dalej istnieć. Jest bowiem wyrzutkiem dla całego cywilizowanego świata, w tym także dla swoich nominalnych sojuszników, którzy obecnie go wspierają: Chin, Wenezueli, Kuby i innych państw. Choć w przypadku Wenezueli i Kuby również ich własne dni mogą być policzone. Chiny natomiast są najmniej zainteresowane jakąś mało zrozumiałą dla nich Białorusią. W tym sensie pojawia się pewne światełko w tunelu – że ta mroczna karta w historii Białorusi ma jednak szansę zostać odwrócona. Także w Rosji problemy narastają na wszystkich frontach – od gospodarki po sferę wojskową i strategiczną. Myślę, że kierownictwo Białorusi również, jak to się mówi, zaczyna odczuwać niepokój, ponieważ nie wiadomo, co stanie się z ich osobistym bezpieczeństwem.

Łukaszenka oczywiście nie zamierza oddać władzy. Tym bardziej że doskonale rozumie, czym mogłoby się to dla niego skończyć. Proces jest nieunikniony. I nie chodzi tylko o niego samego – zagrożona jest również jego rodzina, o którą, jak się wydaje, martwi się najbardziej. Obecnie Białoruś jest przykładem nieudanego eksperymentu państwowego. Jak można w ciągu trzydziestu lat tak bardzo się odizolować, otoczyć płotami ze wszystkich stron i stać się jednym ze światowych pariasów? A wszystko to za sprawą jednego człowieka, który bezmyślnie oddał Rosji kraj. Rosja czuje się na Białorusi praktycznie jak u siebie w domu. Nikt już szczególnie nie pyta, gdzie rozmieszczać bazy wojskowe, skąd atakować Ukrainę ani jakie eksperymenty przeprowadzać. Niestety, Białoruś stała się swego rodzaju poligonem, na którym Rosja testowała swoje plany ekspansji i szowinistyczne projekty.

W rzeczywistości Białoruś tylko formalnie nazywa się Białorusią. Począwszy od przestrzeni kulturowej i agendy informacyjnej, wszystko przesunęło się w stronę Rosji. Wszystkie te tak zwane „łukaszenkowskie słowiańskie bazary”, różnego rodzaju festiwale poetyckie i inne wydarzenia kulturalne przeszły na język rosyjski, rosyjską kulturę i rosyjską ideologię. W gruncie rzeczy ludzi ponownie wtłacza się do miniaturowego Związku Radzieckiego – czego przeciętny Białorusin nie chce i nie akceptuje. Sądzę więc, że wewnętrzny opór w społeczeństwie istnieje, lecz jego wyrażanie jest niebezpieczne. To system obozowy zorganizowany osobiście przez Łukaszenkę. Jest on przerażający. Nie straszy jedynie słowami, lecz realnym doświadczeniem represji. Każdy Białorusin ma dziś niestety szansę znaleźć się po drugiej stronie drutu kolczastego. A tam bardzo łatwo się załamać, zwłaszcza gdy przeciwko człowiekowi występuje cały system.

baner dziennikarze w zagrożeniu, centrum mieroszewskiego, ua future, postpravda, postprawda

Co zrozumiał Pan o sobie podczas uwięzienia? I czy jakaś część Pana pozostała w kolonii karnej?

Na początku tak. Śniła mi się kolonia karna. W zasadzie nie mogłem uwolnić się od tych obrazów, ponieważ człowiek przez cały czas żyje pod presją. Każdy dźwięk telefonu czy domofonu wywołuje niepokój, bo może to być… może to milicja. Człowiek myśli, że znowu po niego przyszli. Zresztą nawet teraz takie sny czasami wracają. Chyba uratowało mnie to, że radykalnie zmieniłem swoją działalność zawodową. Już czwarty miesiąc pracuję na budowie. Oczywiście jest to ciężkie i dla mnie nietypowe, bo przecież nie do tego się przygotowywałem. Gdybym chciał pracować na budowie, poszedłbym tam jeszcze za młodu. Ale teraz nie tyle można wybierać, ile trzeba się dostosować.

Trzeba jakoś żyć i utrzymać się. Z dziennikarstwem jest obecnie dość trudno, ponieważ wszystkie media funkcjonują na emigracji. Brakuje informacji z Białorusi. Ludzie boją się przekazywać jakiekolwiek wiadomości, ponieważ jest to niebezpieczne. Dlatego postanowiłem na pewien czas postawić samego siebie na pauzie. Teraz sny o więzieniu zostały zastąpione snami o spokojnej pracy na budowie: o tym, jak prawidłowo ułożyć dachówki, jak zamontować drzwi, gdzie wylać posadzkę i tak dalej. Z takimi snami jestem gotów się pogodzić. Są one jednak praktyczne – mogą się śnić albo nie.

Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Igor Karnej na budowie w Portugalii. Zdjęcie z profilu Igora Karneja na Facebooku.

Więzienie bardzo długo ze mnie wychodziło. I myślę, że do końca nigdy nie wyjdzie. Ono po prostu wżera się w człowieka, mimowolnie. Oczywiście można próbować nie dopuścić go do siebie, ale nie wszystko zależy od nas. Mnie jednak udało się jakoś wytrwać. Nie straciłem ani zdrowia fizycznego, ani psychicznego, choć ku temu były wszelkie przesłanki. Wydaje mi się, że przystosowuję się do pokojowego życia i do wolności. Nie powiedziałbym, że przychodzi mi to łatwo, ale zmierzam we właściwym kierunku. Nadal utrzymuję kontakty zarówno z kolegami po fachu, jak i z przyjaciółmi oraz ludźmi, którzy pozostali na Białorusi. Bardzo liczę na to, że mam jeszcze siłę i możliwości, aby wrócić do zawodu.

Na razie po prostu czekam na odpowiedni moment. Być może moje najważniejsze teksty są jeszcze przede mną. To nowe doświadczenie – praca na budowie – również stanowi ciekawy rozdział mojego życia, który być może kiedyś przerodzi się w esej. O tym, jak ludzie na emigracji, jeśli można tak powiedzieć, mimikrują i przystosowują się do nowej rzeczywistości. I mimo wszystko mam nadzieję, że to doświadczenie – choć było złe – już się nie da wymazać. To po pierwsze.

A po drugie, można wyciągnąć z niego właściwe wnioski i stać się świadkiem tego, na co pozwala sobie ten system. Bo kiedy słyszy się o tym z cudzych relacji, to jedno. Ale kiedy sam to przeżyłeś, sam to zobaczyłeś, sam przez to przeszedłeś i sam się w to przemieniłeś, wtedy rozumiesz, że trzeba zrobić wszystko, aby ten system złamać, zatrzymać i wreszcie zacząć budować normalną, cywilizowaną, europejską Białoruś. Bo dziś niestety nie odpowiada ona temu określeniu. I to również postrzegam jako jedną ze swoich misji: zostać rzecznikiem i świadkiem. Być świadkiem procesów zachodzących na Białorusi i doprowadzić do tego, by ta historia wreszcie dobiegła końca.

Ihar Karniej: Dla Łukaszenki jestem ekstremistą i pewnie nigdy nie wrócę do domu

Czy czuje się Pan obecnie wolnym człowiekiem?

Cóż, wolny… nominalnie wolny. Nie siedzę w więzieniu, nie cierpię i nie przeżywam każdego dnia, każdej godziny i każdej minuty w takim stresie. Ale nie jestem do końca wolny. Nie mogę bowiem żyć w swojej ojczyźnie. Tego właśnie pragnąłbym najbardziej. Tam została moja matka i w pewnym momencie praktycznie straciła wszystkich bliskich, ponieważ cała moja rodzina wyjechała. Mimo to nadal wierzę. Moim największym marzeniem na najbliższą przyszłość, a nie w jakiejś odległej perspektywie, jest powrót do domu. Taki powrót oznaczałby, że na Białorusi zaszły prawdziwe zmiany. Dlatego chciałbym, aby nastąpiło to jak najszybciej.

Obecnie mój powrót jest niemożliwy. Na sam koniec wyrządzono mi jeszcze, mówiąc wprost, kolejną podłość: władze unieważniły mój paszport. Na mocy decyzji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych został on uznany za nieważny. Na razie nie wpływa to na moje sprawy za granicą. Gdybym jednak chciał teraz wrócić na Białoruś, to w najlepszym razie po prostu nie wpuszczono by mnie do kraju. W najgorszym zaś prawdopodobnie zostałbym zatrzymany i sfabrykowano by przeciwko mnie kolejną sprawę. Zdarzały się już przypadki, gdy ludzie po próbie powrotu ponownie trafiali do więzienia. Tak więc jestem wolny, ale naprawdę wolnym człowiekiem będę dopiero wtedy, gdy wrócę do ojczyzny i zacznę robić coś pożytecznego dla jej odbudowy oraz przywrócenia jej na drogę cywilizowanego rozwoju.

Na razie obywatelstwa jeszcze się nie odbiera. Nie nadążam jednak za wszystkimi tymi nowymi przepisami. Są już przynajmniej przykłady Białorusinów, którzy wyjechali z kraju i zostali skazani zaocznie w ramach tzw. postępowania specjalnego, a dodatkowo obciążono ich wysokimi grzywnami. Tak było również w moim przypadku. Kiedy zapadł wyrok, otrzymałem nie tylko karę pozbawienia wolności, lecz także grzywnę. Wyniosła ona około 20 tysięcy rubli białoruskich, czyli mniej więcej 7 tysięcy euro. Tę grzywnę również należało zapłacić. Niektóre osoby, które wyjechały z kraju, nie czekając, aż przyjdą po nie służby, są sądzone zaocznie i również otrzymują wysokie grzywny. Oczywiście nikt ich nie płaci.

Wówczas zajmowany jest ich majątek: mieszkania, samochody, domki letniskowe i inne dobra. Następnie są one konfiskowane i sprzedawane na aukcjach. Istnieje już co najmniej kilkanaście przypadków, a być może nawet więcej, gdy skonfiskowany majątek został sprzedany w celu pokrycia nałożonych grzywien. Moja grzywna została opłacona, dlatego pod tym względem moja sytuacja jest na razie nieco bezpieczniejsza. Nie wiadomo jednak, co rodzi się w głowach białoruskich urzędników. Mogą wymyślić wszystko.

Propaganda aktywnie promuje ideę pozbawiania obywatelstwa „ekstremistów”, „terrorystów”, osób skazanych, a także tych, którzy wyjechali lub uciekli z kraju. Oczywiście jest to prawny absurd. Jeżeli człowiek urodził się w danym państwie, to zgodnie z prawem urodzenia nie można go pozbawić obywatelstwa. Mimo to władze robią wszystko, aby maksymalnie utrudnić życie swoim przeciwnikom. Obecnie sytuacja stała się bardzo trudna. Jeszcze w latach 2020–2021 osoby, które wyjechały z kraju, mogły zdalnie sporządzić pełnomocnictwo notarialne i na przykład za pośrednictwem krewnych sprzedać nieruchomość, samochód, garaż czy inny majątek. Gdy władze dostrzegły istnienie takiej możliwości, ją zlikwidowały.

Wcześniej można było również przedłużyć paszport – wystarczyło zgłosić się do białoruskiego konsulatu w kraju zamieszkania, złożyć odpowiednie dokumenty i otrzymać nowy paszport. Obecnie wielu ludzi znalazło się w sytuacji bez wyjścia. Wielu osobom paszporty tracą ważność w tym roku lub w następnym, a części już wygasły. Tymczasem białoruskie konsulaty przestały przyjmować wnioski. Nie można już wyrobić paszportu zaocznie ani zdalnie. Oznacza to konieczność powrotu do kraju i osobistego załatwienia wszystkich formalności na miejscu. Oczywiście każda osoba, która wyjechała z Białorusi i od wielu lat tam nie była, znajduje się już na celowniku służb bezpieczeństwa. Funkcjonariusze natychmiast reagują: sprawdzają aktywność danej osoby, kontrolują telefon, a jeśli znajdą coś podejrzanego, od razu wszczynają postępowanie karne.

Podobnie wygląda sytuacja z pełnomocnictwami notarialnymi. U wielu osób przez lata pozostają nierozwiązane kwestie dotyczące nieruchomości pozostawionych w kraju. Obecnie nie można już zdalnie sporządzić pełnomocnictwa, aby ktoś z bliskiej rodziny mógł w naszym imieniu zająć się pozostawionym majątkiem. Ludzi faktycznie pozbawiono prawa do dysponowania własną nieruchomością. Człowiek przez lata pracował, aby kupić mieszkanie. Dziś nie może go ani sprzedać, ani z niego korzystać. Ponieważ nie mieszka na miejscu, naliczane są mu bardzo wysokie – jak na białoruskie warunki – opłaty komunalne. Wynika to z szeroko stosowanej polityki walki z tak zwanym „pasożytnictwem społecznym”. Za „pasożyta” uznaje się osobę, która nie pracuje na rzecz państwa.

Jeśli więc ktoś nie przynosi państwu korzyści, obciąża się go maksymalnymi stawkami, które według białoruskich realiów są całkowicie nieproporcjonalne. Przykładowo za mieszkanie trzeba płacić około 200 euro, podczas gdy inni płacą około 20 euro. A więc dziesięć razy mniej. Istnieje zatem pewna forma segregacji: są „swoi” – ludzie pozostający w kraju, którzy milczą i korzystają z określonych przywilejów. Są też osoby postrzegane jako potencjalni lub rzeczywiści przeciwnicy władzy – i wobec nich można zrobić praktycznie wszystko: odebrać paszport, pozbawić możliwości dysponowania majątkiem. Ostatecznie może dojść nawet do tego – i nie jest to fantazja, lecz całkiem realny scenariusz – że ludzi będzie się również pozbawiać obywatelstwa. Wówczas człowiek znajdzie się dosłownie między niebem a ziemią. Urodziwszy się na Białorusi i otrzymawszy obywatelstwo tego kraju, będzie zmuszony posługiwać się jedynie kartą pobytu wydaną na przykład w Polsce lub na Litwie. A i to byłby jeszcze najlepszy wariant.

Gdyby spotkał Pan samego siebie sprzed dziesięciu lat, co by Pan sobie powiedział? Jakiej rady udzieliłby Pan sobie z tamtego okresu?

To bardzo trudne pytanie. Do samego końca nie chciałem wyjeżdżać. Oczywiście dziś, będąc już mądrzejszym o te doświadczenia, mógłbym doradzić sobie, aby nie doprowadzać do sytuacji, w której staje się człowiekiem aresztowanym i więźniem, oraz by po prostu jak najszybciej wyjechać z kraju. Ale pod tym względem – być może zabrzmi to patetycznie – jestem patriotą swojego kraju. Nie państwa ani reżimu, lecz właśnie kraju, mojej Białorusi. Dlatego do końca miałem nadzieję na odrobinę zdrowego rozsądku, na to, że władza nie będzie prowadzić wojny, zwłaszcza z dziennikarzami. Dziennikarz wykonuje przecież jedynie swoją pracę. Nie jest terrorystą ani kimś, kto niszczy fundamenty państwa. Jest po prostu profesjonalistą, który wybrał taki zawód. Ale z drugiej strony… stało się to, co się stało.

I dlatego to doświadczenie było oczywiście bardzo trudne, ale być może mnie zahartowało. Dziś na wiele codziennych spraw patrzę znacznie spokojniej. To, co wcześniej wydawało się poważnym problemem, można teraz porównać z przeżytym doświadczeniem i zrozumieć, gdzie naprawdę znajdują się prawdziwe problemy: są nimi ludzie, którzy obecnie pozostają w izolacji, nie mają żadnego kontaktu z bliskimi i w ogóle nie wiedzą, co dzieje się na świecie. To jest prawdziwa próba. To, w jaki sposób się nad nimi znęcają, również jest próbą.

Natomiast problemy codziennego, zwyczajnego życia odbiera się teraz znacznie łatwiej i spokojniej. Gdybym nie miał tego doświadczenia, być może nadal robiłbym sobie wyrzuty sumienia, że wyjechałem i uratowałem siebie, podczas gdy ludzie, którzy zostali, trafili do więzienia – można powiedzieć, że za ideę, za swoje przekonania i odmienność poglądów. Byłoby mi moralnie bardzo trudno ze świadomością, że uciekłem, a ci, którzy zostali, muszą cierpieć. W tym sensie łatwiej jest mi pogodzić się z myślą, że również poniosłem konsekwencje swoich przekonań. Była to jednak, można powiedzieć, świadoma decyzja. Gdybym chciał, mógłbym wyjechać. Istniały takie możliwości, były propozycje i nie było ku temu żadnych przeszkód. Po prostu miałem inną filozofię i inne podejście do tej sytuacji.

I ponownie podkreślę: wychodziłem z założenia, że nie jestem przestępcą. Nie popełniłem żadnego przestępstwa, za które powinienem ponosić karę. Nikogo nie zabiłem, nikogo nie torturowałem, nie wysadzałem torów kolejowych i nikogo nie okaleczyłem, wykonywałem swój zawód, – to po prostu taka interpretacja samej władzy. To one uważają mnie za przestępcę. Ja sam siebie za takiego nie uważam. Za przestępców uważam natomiast ich – za sposób, w jaki traktują własny naród. Nie jest to okupacja ani sytuacja podobna do tej między Rosją a Ukrainą, gdy Rosjanie przychodzą i siłą narzucają swoje reguły. U nas mamy do czynienia właściwie z wewnętrzną konfrontacją. W pewnym sensie można nawet mówić o wojnie domowej. Władza uznała część społeczeństwa za nielojalną i na tej podstawie próbuje ją faktycznie zniszczyć. Trudno znaleźć na to inne określenie. To, że wpisano nas na listę przestępców, nie oznacza jeszcze, że rzeczywiście nimi jesteśmy.

Ja na przykład odwoływałem się od wszystkich swoich wyroków, ponieważ nie zgadzałem się z taką interpretacją i z tym, że zaliczono mnie do jakiejś organizacji ekstremistycznej. Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy przez 25 lat było legalnie zarejestrowane w Ministerstwie Sprawiedliwości. Nikomu to nie przeszkadzało. Organizacja wysyłała na szkolenia za granicę również pracowników mediów państwowych. Wówczas nikt nie miał do tego żadnych zastrzeżeń i chętnie korzystano z takich wyjazdów. Dziś natomiast Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy zostało uznane za organizację ekstremistyczną, a każda forma uczestnictwa lub członkostwa jest traktowana jako przestępstwo. To bardzo naciągana i sztucznie stworzona interpretacja. Dlatego nie uważam się za przestępcę.

Samemu sobie sprzed dziesięciu lat powiedziałbym: nie martw się. Jeżeli trzeba przejść całą tę drogę prób i doświadczeń, to być może warto ją przejść. Bez żadnej gwarancji, że wyjdzie się z tego psychicznie zdrowym i że pozostanie się normalnym człowiekiem. Ale skoro naszemu pokoleniu przypadło przeżyć takie czasy, to trzeba przez nie przejść. Tym bardziej że tą samą drogą przeszły dziesiątki tysięcy ludzi, którzy znaleźli się pod falą represji i doświadczyli najcięższych, wręcz piekielnych prób. A dziś widzę, że nie zostali złamani. Są aktywni. To moi koledzy, którzy zajmują się polityką, realizują projekty gospodarcze i działają w najróżniejszych dziedzinach. To bardzo duża i silna grupa, która obecnie znajduje się za granicą.

Co prawda nie ma tej jedności i konsolidacji, na które liczyłem, siedząc za kratami. Istnieje jednak aktywność. Nie jest ona tak rozproszona jak na przykład w przypadku rosyjskiej emigracji. Białorusini mają jednak swoje główne ośrodki i całe instytucje reprezentujące Białoruś na arenie międzynarodowej. W tym sensie istnieje nadzieja, że kiedy nastąpią pozytywne zmiany, społeczeństwo obywatelskie będzie już od samego początku dysponowało odpowiednimi strukturami, przynajmniej na etapie przejściowym i w okresie funkcjonowania rządu tymczasowego.

Co zyskał pan jako dziennikarz, a co pan stracił?

Zdobyłem doświadczenie. Być może nie było mi ono potrzebne, ale już zaowocowało książką, która – mam nadzieję – wkrótce się ukaże. Co straciłem? Przede wszystkim, na ten moment, straciłem pracę dziennikarską. Pracowałem w Radiu Swoboda, które zostało objęte redukcją finansowania, a w konsekwencji także redukcją etatów. Teraz jestem zmuszony wykonywać pracę niezwiązaną z moim zawodem. Obecnie pracuję w budownictwie. Jednak moje doświadczenie – prawie czterdzieści lat pracy w zawodzie – nigdzie nie zniknęło. W każdej chwili mogę wrócić do swojej podstawowej działalności zawodowej. Właśnie na to liczę. W czasie pobytu w więzieniu poznałem także wielu nowych ludzi z bardzo różnych środowisk. Jako dziennikarz zawsze uważnie przyglądałem się każdej historii i każdemu człowiekowi. Wszystko to gdzieś się we mnie gromadzi. Sądzę, że zarówno ta wiedza, jak i te kontakty okażą się dla mnie przydatne. Prędzej czy później znajdą praktyczne zastosowanie. A straty? Straty zdarzają się każdemu. Nic na to nie poradzimy.

baner dziennikarze w zagrożeniu, centrum mieroszewskiego, ua future, postpravda, postprawda

Jak widzi pan siebie za dziesięć lat? I jaką chciałby pan widzieć Białoruś oraz dziennikarstwo w tym kraju?

Widzę siebie na Białorusi. To po pierwsze i najważniejsze. Myślę, że moja wiedza i doświadczenie będą potrzebne. Przeszedłem bowiem przez różne epoki: zarówno okres radziecki, czas demokratyzacji na początku lat dziewięćdziesiątych, jak i późniejsze stopniowe zaostrzanie kursu już za rządów Łukaszenki. Mam doświadczenie zarówno w prasie państwowej, jak i niezależnej. Białoruś za dziesięć lat chciałbym natomiast widzieć jako zupełnie inny kraj. Istniały przecież dyktatury jeszcze bardziej brutalne i okrutne. Widzimy jednak, że tam, gdzie istnieje wola narodu, przemiany – choć nie następują szybko – mimo wszystko się dokonują. Portugalia, w której obecnie mieszkam, również przeżyła okres rządów Salazara – dość surowego reżimu. Tam także dochodziło do represji, byli więźniowie polityczni, a nawet istniały obozy koncentracyjne.

Mimo to dziś jest to kraj dobrze prosperujący. Nie należy do najbogatszych, ale jest bardzo spokojny i przewidywalny. Chciałbym, aby Białoruś również stała się państwem szanowanym za rozsądną politykę, za obowiązywanie cywilizowanych praw i za to, że siła prawa nie została zastąpiona prawem siły. Chciałbym także, aby sąsiedzi nie musieli się wstydzić, że obok nich istnieje taki kraj. To jest najważniejsze. Przewidywalny sąsiad oznacza spokój oraz normalne relacje gospodarcze i polityczne. Chciałbym widzieć Białoruś wśród państw, które cieszą się szacunkiem.

Czego nie chciałby pan już więcej oglądać? I czy pozostał w panu jakiś strach?

Nie chciałbym już więcej oglądać tych represji. Ten strach nadal istnieje, ponieważ represje nigdzie nie zniknęły. Nie można powiedzieć, że jest ich znacząco mniej. Owszem, zakończyły się najbardziej nagłośnione sprawy, a reżim w zasadzie rozprawił się z najbardziej rozpoznawalnymi postaciami na różne sposoby. Jednych fizycznie wyeliminowano, innych uwięziono, a jeszcze innych po prostu zmuszono do opuszczenia kraju. Patrzenie na to wszystko jest bardzo bolesne i, szczerze mówiąc, również przerażające. Nie istnieje bowiem żaden skuteczny międzynarodowy mechanizm, który mógłby powstrzymać to, co dzieje się na Białorusi.

Rozmaite deklaracje, „głębokie zaniepokojenie” i podobne oświadczenia trudno uznać za coś, co mogłoby przestraszyć Łukaszenkę. Przecież było już tyle pakietów sankcyjnych, tyle not protestacyjnych i tylu wystąpień na międzynarodowych forach. Jak jednak widzimy, w większości przypadków są one po prostu ignorowane. Oczywiście polityka sankcji przynosi pewne efekty. Reżim boryka się z trudnościami gospodarczymi i finansowymi.

Jednak dopóki obok znajduje się Rosja jako główny sponsor, traktująca Białoruś jako poligon do własnych eksperymentów – także wojskowych – oraz zaplecze dla działań zbrojnych, dopóty wsparcie będzie napływać. Nie jest to jednak droga, którą wybrali sami Białorusini. Myślę, że sam Łukaszenko też tego nie widzi… Ale na razie po prostu nie wiadomo, co będzie dalej. Znalazł się bowiem właściwie w pułapce. To, w jaki sposób będzie próbował się z niej wydostać, pozostaje bardzo trudnym pytaniem. Jego sojusznik w osobie Putina słabnie, opozycja staje się odważniejsza, a Zachód zaczyna formułować coraz bardziej stanowcze deklaracje. Nie wspominając już o Wołodymyrze Zełenskim, który wysunął ultimatum.

Teraz trzeba znaleźć sposób, aby nie ponieść strat, nie rozgniewać Rosji, a jednocześnie samemu przetrwać. Dlatego dziś jest już nie tyle strasznie, ile raczej budzi to ciekawość, co wydarzy się w najbliższym czasie.

Strach, dziennikarstwo i moralność

Czy strach już zniknął? Czy jednak coś z niego pozostało?

Nie. Nie chodzi o to, żeby się bać, lecz żeby działać i aktywnie stawiać opór. Jeśli człowiek będzie tylko siedział i się bał, nic się nie zmieni. Widzimy to obecnie na Białorusi. Większość ludzi, którzy pozostali w kraju, właśnie tak żyje – siedzą i boją się. Jest to jednak postawa wymuszona, ponieważ nie mają innej alternatywy. Wystarczy bowiem odezwać się publicznie… A nawet nie trzeba zabierać głosu. Czasem wystarczy polubić w mediach społecznościowych artykuł, który według państwa jest „niewłaściwy”, aby narazić się na represje. Ludzi pozbawiono dziś prawa do wyrażania własnego zdania. Ale tylko zewnętrznie. Jestem przekonany, że wewnętrznie miliony ludzi czekają na bardziej sprzyjający moment, na lepsze okoliczności, aby ponownie wyjść i wyrazić swój zdecydowany sprzeciw wobec tej totalitarnej nadbudowy, która stopniowo jest budowana. Jeśli więc odczuwam strach, to przede wszystkim o bliskich, którzy pozostali na Białorusi. Jest to zwykły, ludzki strach. Państwo ma dziś całkowicie wolne ręce i praktycznie nic nie ogranicza jego działań. Do więzień trafiają emeryci, młodzi ludzie – właściwie każdy. Nie ma już żadnej przewidywalności.

Jeśli mówić o tym, jak zmieniało się pańskie rozumienie dziennikarstwa – od początku kariery aż do dziś – to co dla pana oznacza bycie dziennikarzem?

Kiedy dopiero zaczynałem pracę, wszystko było niezwykle interesujące. Właśnie wtedy rozpadał się Związek Radziecki. Działo się bardzo wiele. Pojawiali się inwestorzy, powstawały banki i nowe firmy, rozwijał się sektor prywatny oraz handel. Był to bardzo ciekawy czas. Wówczas wielokrotnie, siedząc przy kuchennym stole, zastanawialiśmy się: co będzie za trzydzieści lat, jeśli wszystko będzie rozwijało się w takim tempie? Ludzie przestali się bać. Zrzucili z siebie kajdany strachu. Można było pisać otwarcie. Pojawiały się nowe świadectwa dotyczące czasów stalinowskich. Ukazywało się wiele wspomnień i ważnych, przełomowych publikacji odsłaniających kulisy radzieckiego systemu.

Niestety po trzydziestu latach znaleźliśmy się w ślepym zaułku – zarówno moralnym, jak i politycznym. To, co wówczas wydawało się tak inspirujące, okazało się w rzeczywistości drogą cywilizacyjnie błędną. Dyskredytacja dotknęła wszystkiego, także zawodu dziennikarza. W latach dziewięćdziesiątych wszyscy dziennikarze działali właściwie wspólnym frontem. Nie było podziałów, ponieważ nie było jeszcze kogo krytykować. Łukaszenki jeszcze nie było. Wszyscy znajdowali się w podobnej sytuacji wyjściowej – zarówno ludzie pracujący w telewizji, w prasie państwowej, jak i w nowych projektach komercyjnych. Wszyscy pracowaliśmy po to, by Białoruś się odrodziła i stała się cywilizowanym członkiem rodziny narodów europejskich. Nie mieliśmy między sobą żadnych sprzeczności. Pracowaliśmy, mając świadomość swojej misji.

Dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy zaczęły ujawniać się autorytarne skłonności Łukaszenki, rozpoczął się podział. Sam Łukaszenka powiedział, że są dziennikarze uczciwi i nieuczciwi. Uczciwi to propaganda i jego własne otoczenie medialne. Nieuczciwi to wszyscy ci, którzy go krytykują. Z czasem podział ten tylko się pogłębiał. Niestety do 2020 roku znaleźliśmy się już całkowicie na przeciwległych biegunach: z jednej strony niezależne dziennikarstwo, z drugiej – media finansowane przez państwo. I taki stan utrzymuje się do dziś. Najgorsze jest to, że wszystkie media nielojalne wobec państwa zostały zmuszone do wyjazdu i obecnie działają poza granicami kraju. Na Białorusi pozostała wyłącznie propaganda.

Problem polega na tym, że wielu ludzi nie ma alternatywy. Dotyczy to zwłaszcza osób przyzwyczajonych do oglądania telewizji, które uległy zombifikacji. Stopniowo tracą oni zainteresowanie poszukiwaniem równowagi czy obiektywnej informacji. Konsumują jedynie przekaz podawany im z propagandowych i agitacyjnych trybun. Smutne jest również to, że rozpadła się dawna solidarność dziennikarska. Została ona całkowicie spolaryzowana.

Jeśli za wiele lat ktoś będzie czytał pańską biografię i będzie mógł napisać o Iharze Karneju tylko jedną rzecz, co chciałby pan, aby to było?

Chciałbym, aby pamiętano o mnie jako o człowieku, który szczerze służył sprawie białoruskiej, patriotycznej Białorusi i Ukrainie. Jako o kimś, kto w tak przełomowym momencie historycznym wybrał właściwą pozycję, nadal bronił wartości demokratycznych, opowiadał się po stronie dobra i sprzeciwiał się wszelkim zapędom dyktatorskim. Niestety współczesny świat coraz bardziej odchodzi od porządku opartego na prawie i zmierza w kierunku prawa silniejszego. Nie chciałbym, aby ta zaraza dalej się rozprzestrzeniała. Musi mieć swoje granice i swoje ograniczenia. Prawo, normy i moralność – to właśnie one powinny nas wszystkich łączyć.

Tłumaczenie na język polski: Nikolai Karpicki.

PostPravda, PostPrawda, Post Prawda, Post Pravda, slajd, reklama

W tym tygodniu

SimRus – Symulator Ruskiego Miru

SimRus - Symulator Ruskiego Miru, czyli jak wygląda życie w Rosji. Tekst stworzony na podstawie prawdziwych historii.

Musk kupił Twittera z pomocą funduszu 8VC, który zatrudnia synów rosyjskich oligarchów

Sąd w Kalifornii nakazał firmie X ujawnić dane swoich inwestorów. Wśród nich znalazł się fundusz 8VC, który obecnie zatrudnia synów rosyjskich oligarchów.

Partia Umarłych przeciwko putinowskiej Rosji

Partia Umarłych rozpoczęła swą działalność jako projekt artystyczny i polityczny w 2017 roku w Petersburgu i stała się znana ze swoich akcji, występów i innych wydarzeń w Rosji. Władze Kremla uznały ją za zagrożenie i zaczęły prześladować jej członków. Wielu działaczy partii zostało zmuszonych do emigracji i obecnie organizują podobne akcje na całym świecie.

Ukraińscy żołnierze szukają zemsty na siłach Putina w Kursku

Ukraińcy szukają zemsty na swój sposób i chcą napierać na terytorium wroga - relacjonuje z Ukrainy Askold Krushelnycky.

O papieżu i Bogu w czasie wojny: Paweł Gonczaruk, biskup, który został w Charkowie [WIDEO]

Biskup diecezji charkowsko-zaporoskiej Paweł Gonczaruk nie opuścił miasta, leżącego bardzo blisko linii frontu przez całą inwazję Rosji na Ukrainę.

Patriarcha moskiewski Cyryl opublikował własną książkę popierającą rosyjską „świętą wojnę” przeciwko Ukrainie

Patriarcha moskiewski Cyryl (Gundiajew) po raz kolejny przekroczył granice moralnej odpowiedzialności, publikując własną książkę popierającą rosyjską „świętą wojnę” przeciwko Ukrainie. Ta propagandowa publikacja nosi tytuł „Wojna. Poza widzialnymi przyczynami i skutkami”. Ukazała się nakładem oficjalnego Wydawnictwa Patriarchatu Moskiewskiego (Moskwa 2026, 240 s.).

Z dziennika bojowego medyka ZSU: Starlink na froncie pomaga widzieć drony, dzieci i żony [ODCINEK 6]

Starlink w okopie to na tej wojnie coś zupełnie zwyczajnego. To dobrej jakości, bezpieczna i przede wszystkim szyfrowana łączność - pisze Volodymyr Huliuk, medyk 30. Brygady ZSU, walczący pod Bachmutem od 2023 roku.

Prezydent Kazachstanu Tokajew przekazał Rosji przesłanie napisane w Pekinie. Putin: „To nie my zaczęliśmy wojnę”

Prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew podczas rozmów z przywódcą Rosji Władimirem Putinem, które odbyły się w sobotę 25 lipca w Omsku, zaproponował zamrożenie wojny w Ukrainie. Jednak estoński publicysta Andriej Kuziczkin uważa, że w rzeczywistości prezydent Kazachstanu przekazał Putinowi przesłanie od Xi Jinpinga. Czy jednak Putin będzie potrafił właściwie je odczytać? Co do tego istnieją poważne wątpliwości.

Technologie zmieniły wojnę. Czy zachodni przywódcy wyciągną wnioski z analizy Wałerija Załużnego?

8 lipca 2026 roku ukazał się kolejny artykuł Wałerija Załużnego. Kluczowa myśl autora artykułu sprowadza się do tego, że rozwój technologii wojskowych wymaga ponownego przemyślenia utrwalonych wyobrażeń o wojnie, w tym samego pojęcia zwycięstwa militarnego. Czy zachodni przywódcy odpowiedzialni za bezpieczeństwo swoich państw są gotowi wyciągnąć odpowiednie wnioski i zmienić strategiczne spojrzenie na wojnę?

Mechanizmy propagandy a emocje w sieci: Dlaczego wierzymy w kłamstwa w social mediach? [PODCAST]

Jakie są mechanizmy propagandy? O kulisach współczesnej wojny informacyjnej, zagrożeniach związanych ze sztuczną inteligencją oraz o tym, dlaczego pracownicy Białego Domu otrzymali zakaz korzystania z TikToka, redaktor naczelny PostPravda.Info Piotr Kaszuwara rozmawia z socjologiem, prof. Michałem Wenzlem z Uniwersytetu SWPS.

Państwo jako narzędzie prawa czy aparat przemocy? Rosja, Polska i Ukraina: sprzeczności historyczne można przezwyciężyć

U podstaw konfliktów politycznych między Polską a Ukrainą leży odmienne postrzeganie historii. Można je jednak przezwyciężyć, jeśli nie będzie się upolityczniać sporów historycznych, lecz wychodzić ze wspólnego rozumienia państwa jako narzędzia systemu prawa służącego zapewnieniu normalnego życia ludzi. Natomiast sprzeczności polityczne z Rosją są zasadniczo nierozwiązywalne. Nawet jeśli do władzy doszliby tam oświeceni liberałowie, nie będą w stanie zmienić historycznego faktu, że Rosja kształtowała się jako państwo wojenne, którego istotą nie jest prawo, lecz aparat przemocy.

Minister Fedorow i generał Syrski. Ukraina płaci za starcie dwóch ego? [ANALIZA]

Mychaiło Fedorow został odwołany ze stanowiska ministra obrony Ukrainy ze względu na konflikt personalny z głównodowodzącym armii Ołeksandrem Syrskim. O co się starli?

Walerij Załużny: Europejscy i amerykańscy analitycy się mylą. Rosja nie przegrała wojny [ANALIZA]

Były naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, Walerij Załużny, przekonuje, że twierdzenia o rychłej porażce Rosji są przedwczesne.

Powiązate tematy