Kostiantyn Grygorenko, redaktor naczelny lokalnej gazety z Iziumu we wschodniej Ukrainie, przez dziewięć miesięcy prowadził ją z drugiego końca kraju. O tym, co dzieje się w mieście, wiedział wtedy więcej, niż uwięzieni w nim ludzie. Jego historię opisujemy w PostPravda.Info w ramach projektu „Dziennikarstwo w zagrożeniu”, współfinansowanego przez Centrum Mieroszewskiego, Uniwersytet Wrocławski oraz Fundację UA Future.
Piątego marca 2022 roku, w dniu osiemdziesiątych szóstych urodzin swojej matki, Kostiantyn Grygorenko odwiedził ją z samego rana i powiedział, że musi wyjechać. Nad Iziumem trwały naloty, rosyjskie wojsko było coraz bliżej. Poprzednie cztery doby Grygorenko spędził z żoną w piwnicy. Decyzję podjęli w nocy.
– Rodzice zrozumieli – opowiada. – Wiedzieli, że nie możemy zostać w Iziumie, zwłaszcza ja, jeśli miasto znajdzie się pod okupacją.
Grygorenko jest redaktorem naczelnym jednej z najstarszych gazet w regionie charkowskim „Obriyi Iziumshchyny” („Horyzontów Iziumszczyzny”). W dniu wyjazdu na jego biurku zostały dokumenty, komputer i zdjęcia rodziny. Nie zdążył niczego zabrać, bo od kilku dni nie miał już dostępu do redakcji. Nie było prądu, internet działał szczątkowo. Grygorenko publikował teksty z telefonu, a kontakt z zespołem redakcyjnym praktycznie się urwał.
Dopiero w drodze do Lwowa udało mu się porozmawiać z pracownikami. Zostawił im wskazówki i radził, żeby też opuścili miasto.


W jeden dzień
„Horyzonty Iziumszczyny” są niemal tak stare jak współczesna Ukraina. Gazeta powstała w 1919 roku i, jak podkreśla Grygorenko, niezależnie od zmieniających się nazw, zawsze ukazywała się po ukraińsku. Na winiecie do dziś jest motto: „Czytaj i myśl po ukraińsku”. Przed pełnoskalową inwazją gazeta zajmowała się przede wszystkim sprawami społecznymi, kulturą, sportem i życiem lokalnej społeczności. Miała około trzech tysięcy prenumeratorów, do tego sprzedawała tygodniowo mniej więcej tysiąc egzemplarzy poza prenumeratą.
62-letni Grygorenko kieruje „Horyzontami” od ponad dwóch dekad. Kłopoty miewał takie, jak wielu redaktorów lokalnych gazet. – Kilka razy próbowano mnie usunąć ze stanowiska na sesjach rady miasta, ale, jak widać, nadal pracuję – mówi. Procesy wytaczały im z reguły organy władzy albo powiązane z nimi organizacje. Wszystkie wygrywali.
Potem przyszedł 24 lutego 2022 roku.
– W jeden dzień staliśmy się korespondentami wojennymi – opowiada Grygorenko.

Izium znalazło się na jednej z głównych osi rosyjskiego natarcia na wschodzie Ukrainy i w pierwszych tygodniach inwazji było intensywnie ostrzeliwane. Według Amnesty International, Rosjanie przeprowadzali ataki bez rozróżnienia na cele wojskowe i cywilne, niszcząc domy, szkoły, przedszkola, placówki medyczne i sklepy. Na początku kwietnia 2022 roku miasto znalazło się pod rosyjską kontrolą, którą Ukraina przełamała po pięciu miesiącach, w pierwszej połowie września.
Kilka dni później ukraińscy śledczy odkryli w pobliskim lesie miejsce masowych pochówków, z którego ekshumowano 449 ciał. Human Rights Watch udokumentowała z kolei co najmniej siedem miejsc, w których podczas okupacji przetrzymywano i torturowano mieszkańców, poprzez rażenie prądem, podtapianie i ciężkie pobicia.
Czytaj także: Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”
Rozliczanie tych zbrodni trwa do dziś. W czerwcu 2026 roku Charkowska Prokuratura Obwodowa skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko 13 osobom związanym z utworzonymi przez Rosję na terenie Ukrainy tzw. Ługańską i Doniecką Republiką Ludową. Prokuratorzy zarzucają im między innymi grabież, nieludzkie traktowanie, bezprawne pozbawianie wolności, tortury i zabójstwa.
Wojna uderzyła też bezpośrednio w „Horyzonty”. Marcowe ostrzały uszkodziły dach, okna i drzwi redakcji. Później budynek ograbiono ze sprzętu wartego około 10 tysięcy dolarów i zakwaterowali się w nim rosyjscy żołnierze.
Papierowa edycja gazety przestała wychodzić.
– W ponad stuletniej historii „Horyzontów” zdarzyło się to wcześniej tylko raz: podczas niemieckiej okupacji w latach 1941-1943. – przyznaje Grygorenko.
Przed inwazją „Horyzonty” zatrudniały sześć osób. Po 5 marca 2022 roku z całego zespołu został tylko naczelny.
Po kruchym lodzie
Grygorenko z rodziną znalazł schronienie u kolegi – dziennikarza lokalnej gazety „Wola Narodu” („Volia Narodu”) – w Busku w obwodzie lwowskim, ponad tysiąc kilometrów na zachód od Izium. Stamtąd przez kolejne dziewięć miesięcy wydawał portal „Horyzontów”. Najtrudniejsze było zdobywanie informacji z miasta, w którym przez długi czas praktycznie nie działały elektryczność, telefon, internet, radio ani telewizja.
Grygorenko był w kontakcie z władzami miasta i regionu, z wojskiem i organami ścigania, ale informacje z samego miasta przynosili mu przede wszystkim mieszkańcy. Kiedy udawało im się wyjechać poza Izium i złapać zasięg, dzwonili. Przesyłali wiadomości, czasem zdjęcia. Grygorenko nie ujawnia ich nazwisk do dziś.
– To bohaterowie. Ryzykowali własnym życiem i życiem swoich rodzin, żeby przekazywać mi informacje – opowiada.
Jedna z tych osób została zatrzymana na siedem dni, tuż przed wyzwoleniem miasta, bo ktoś przekazał rosyjskiemu wojsku, że może być informatorem. Zabrano tego mężczyznę „na pidwal” – do piwnicy.
Czytaj także: „Nie da się zaprzyjaźnić z krokodylem”. Andrzej Poczobut o tym, jak działa białoruskie KGB
Sam Grygorenko publikował pod pseudonimem, między innymi ze względu na rodzinę, która została na miejscu. Mimo to na jego maila i konta w mediach społecznościowych przychodziły groźby z anonimowych rosyjskich kont.
Rosyjskie media i kanały na Telegramie były dla niego zarazem źródłem informacji. Grygorenko śledził je, próbując z propagandy i fałszywych informacji wyłuskać to, co naprawdę działo się w mieście.
Bo ukraiński lokalny obieg informacji praktycznie zamarł. Miejscowe radio przestało nadawać, oficjalna strona miasta nie działała, a portal „Horyzontów” był – według relacji Grygorenki – blokowany. Rosjanie szybko zaczęli wypełniać tę przestrzeń własnym przekazem. W okupowanym Iziumie działało „Radio Z” i wychodziła propagandowa gazeta „Izium Telegraph”, rozprowadzana przez lokalną sieć pocztową.
Zwykle siłą lokalnego dziennikarza jest to, że jest na miejscu, jednak przez pięć miesięcy 2022 roku w Iziumie było odwrotnie. Grygorenko uważa, że pracując z obwodu lwowskiego, miał pełniejszy obraz sytuacji niż ludzie uwięzieni w okupowanym mieście.
– Byli przesiąknięci propagandą do szpiku kości, bo nie mieli innego źródła informacji – twierdzi. – Tylko osoby, które znały techniczne sztuczki, mogły słuchać ukraińskiego radia. Poza tym to była pełna izolacja.
Zastępca Grygorenki w „Horyzontach”, Mykoła Kałużny, który został w mieście, był dwukrotnie nakłaniany do pracy dla okupacyjnej gazety. Za każdym razem odmawiał, tłumacząc, że jest już na emeryturze.
– To było stąpanie po kruchym lodzie – wspomina Kałużny.
Próby nacisku na lokalnym dziennikarzy są częścią szerszej kampanii wymierzonej w ukraińskie media. Instytut Informacji Masowej (IMI) – organizacja z Kijowa, która monitoruje wolność słowa – do 24 lipca 2026 roku odnotowała 966 przypadków rosyjskich przestępstw i naruszeń wobec mediów i dziennikarzy, od zabójstw i porwań, przez niszczenie redakcji i ostrzały wież telewizyjnych, po cyberataki. Raport Reporterów bez Granic z 2024 roku opisywał przypadki więzienia i torturowania pracowników mediów, którzy nie zgodzili się pracować dla okupantów.
Grygorenko mówi, że Kałużnemu na ratunek przyszedł koniec okupacji:
– Miał szczęście, że nie przyszli trzeci raz.

Głos w próżni
Niemal każdy tekst z tamtego okresu Grygorenko kończył słowami: „Nie zapomnieliśmy o was, Izium zostanie wyzwolony”. To samo powtarzał w rozmowach z zagranicznymi mediami i w ukraińskim radiu, choć nie wiedział wówczas, kiedy to nastąpi.
Nie wiedział też, czy ktokolwiek w mieście czyta jego teksty i słyszy go w radiu. Dopiero po okupacji Kałużny i sąsiedzi mówili, że siedząc w piwnicach, próbowali łapać ukraińskie częstotliwości w odbiornikach radiowych na baterie i czasem słyszeli głos naczelnego, nadawany z zachodniej Ukrainy.
Pytam Grygorenkę czy w warunkach wojennych zmienia się granica tego, na co może pozwolić sobie dziennikarz. Czy może być w swoim przekazie bardziej osobisty, mówić nie tylko o faktach?
Grygorenko przyznaje, że na początku inwazji nie potrafił powściągnąć gniewu.
– Używałem wtedy pewnych słów wobec rosyjskiej armii. Szybko jednak nauczyłem się mówić sobie stop – wspomina. – Podczas wojny trzeba pracować z zimną głową i tylko na potwierdzonych faktach. Emocje muszą zejść na dalszy plan.
Bywa krytykowany za suchość tekstów, ale dla niego hierarchia jest jasna: najpierw standardy dziennikarskie, wszystko inne jest drugorzędne.
– I nie można zrzucać tego na wojnę.

Społeczny system przetrwania
Oksana Romaniuk, dyrektorka wykonawcza Instytutu Informacji Masowej, od lat zajmuje się wolnością słowa, bezpieczeństwem dziennikarzy i kondycją niezależnych mediów w Ukrainie. Mówi, że wojna w wielu miejscach całkowicie zmieniła rolę lokalnego dziennikarstwa.
– Lokalne media stały się częścią infrastruktury kryzysowej, elementem systemu, który pomagał ludziom przetrwać.
Dziennikarze informowali o ewakuacjach i pomocy humanitarnej, dokumentowali zniszczenia i możliwe zbrodnie wojenne, utrzymywali kontakt między tymi, którzy wyjechali, a tymi, którzy zostali. Dlatego zwłaszcza w miejscach położonych blisko frontu, podkreśla Romaniuk, utrata lokalnej redakcji oznacza dziś utratę czegoś więcej niż tylko źródła informacji.
Jednocześnie lokalni dziennikarze mierzą się z regularnymi ostrzałami, przerwami w dostawie prądu i uszkodzeniami infrastruktury nadawczej.
– Myślę, że wojna uczyniła ukraińskie dziennikarstwo odważniejszym – mówi Romaniuk. – Jeśli pracujesz dalej, choć twoja redakcja została zniszczona, relacjonujesz wydarzenia pod ostrzałem, odbudowujesz medium w innym mieście albo utrzymujesz gazetę dla społeczności, która przestała istnieć w jednym miejscu, to zupełnie inaczej zaczynasz rozumieć znaczenie słowa „niemożliwe”.

Ostatni most
„Horyzonty” wróciły do druku niedługo po tym, jak 10 września 2022 roku ukraińskie wojska odzyskały Izium. Pierwszy numer Grygorenko składał jeszcze w Busku z pomocą tamtejszej redakcji. Graficy “Woli narodu” zajmowali się składem „Horyzontów”, a on przygotowywał treści. Gotowe strony wysłali elektronicznie do drukarni w Charkowie, która przygotowała pięć tysięcy egzemplarzy gazety. Ponieważ nie działał regularny system transportu i dystrybucji, wolontariusze z Iziumu pojechali po „Horyzonty” własnymi samochodami, a potem rozdawali gazetę za darmo w punktach pomocy humanitarnej.
– Ustawiła się długa kolejka. Ludzie pytali, czy mogą wziąć po kilka egzemplarzy – opowiada Grygorenko.
Na pierwszej stronie znalazło się zdjęcie Wołodymyra Zełenskiego przechodzącego przez jedyny ocalały w Iziumie most. Niżej redakcja umieściła sześć fotografii zrujnowanego miasta.
Dla wielu mieszkańców były to pierwsze obrazy pokazujące skalę zniszczeń, bo pod okupacją przemieszczanie się między poszczególnymi częściami Iziumu było ograniczone. Ludzie znali więc własną ulicę, własny kwartał, ale niekoniecznie wiedzieli, co zostało z reszty miasta.
Potem gazeta wędrowała dalej.
– Z mieszkania do mieszkania – mówi Grygorenko. – Z rąk do rąk.

Omijamy najostrzejsze kąty
Rok po wyzwoleniu Izium był miastem podzielonym. „Guardian” pisał o nieufności między tymi, którzy zostali, a tymi, którzy wyjechali. SBU prowadziła około trzydziestu spraw o podejrzenie kolaboracji i wystosowała dwadzieścia cztery akty oskarżenia. Grygorenko mówił wtedy, że po powrocie nie wie już, komu spośród tych, którzy zostali, może ufać. Dziś widzi to inaczej:
– Cztery lata później wiem dokładnie, którzy ludzie współpracowali z władzami okupacyjnymi i tym ludziom nie ufam. Ale wiem też, że nie można wrzucać wszystkich, którzy zostali, do jednego worka, bo każdy miał inne możliwości i inną historię.
Przed 2022 rokiem lokalność oznaczała, że wiedziało się, kto kieruje szpitalem, gdzie nie przyjechał autobus i dlaczego rada miejska podniosła opłaty. Dziś oznacza też, że wie się, kto zginął, kto wyjechał i kto wrócił. Kogo oskarżono o donoszenie na sąsiadów. Której wersji wydarzeń nie da się już pogodzić z oficjalną.
Grygorenko twierdzi, że wielu ludzi podejrzewanych o współpracę z okupantami wciąż nie zostało rozliczonych i w społeczności pozostaje silne oczekiwanie sprawiedliwości. Choć są też osoby, które bronią kolaborantów, próbują usprawiedliwiać ich decyzje.
Redakcja „Horyzontów” relacjonuje sprawy sądowe o kolaborację, ale jednocześnie stara się nie pogłębiać tych podziałów.
– Omijamy najostrzejsze kąty – wyjaśnia Grygorenko. – Chcemy, żeby nasze teksty zbliżały do siebie mieszkańców.

Bardziej odporne, bardziej kruche
Grygorenko z żoną przyjechali do Iziumu na początku grudnia 2022 roku, ale szybko okazało się, że przedwojenna codzienność nie wróciła wraz z ukraińską flagą. Grygorenko najbardziej odczuwa to w życiu rodzinnym. Jego starsza córka mieszka w Charkowie i nie widuje jej tak często jak kiedyś, bo podróżowanie między miastami jest utrudnione.
– Brakuje mi swobody przemieszczania się, spotkań z dziećmi i wnukami – przyznaje.
Przez te cztery lata zmieniło się też jego życie zawodowe. Co czwartek ukazuje się około dwóch tysięcy egzemplarzy „Horyzontów”, które redakcja rozwozi sama, bez pomocy Ukrposzty. Zespół redakcyjny wymienił się dwukrotnie i ze starej ekipy zostały dwie osoby. Ludzie wyjeżdżają z Iziumu, bo ostrzały nie ustały, a nie każdy chce żyć w mieście, nad którym w każdej chwili może pojawić się rosyjski dron lub spaść pocisk. Większość ulic osłaniają dziś siatki antydronowe, które zwiększają bezpieczeństwo, ale zarazem nie pozwalają zapomnieć o śmiertelnym zagrożeniu.
Czytaj także: Życie pod ostrzałem. Donbas 2014–2025. Zapiski z dziennika naocznego świadka
W czasie stanu wojennego dziennikarze mają ograniczony dostęp do części informacji. Nie mogą swobodnie pisać o obiektach infrastruktury, a informacje dotyczące działań wojskowych mogą czerpać wyłącznie z oficjalnych źródeł.
Do tego dochodzi presja finansowa.
„Horyzonty” nadal zarabiają na sprzedaży gazety i lokalnych reklamach, ale Grygorenko przyznaje, że głównym źródłem wsparcia stały się programy międzynarodowe i granty.
– Wojna fundamentalnie zmieniła ekonomię ukraińskiego dziennikarstwa – komentuje Romaniuk.

W pierwszych miesiącach inwazji załamał się rynek reklamy, wyjaśnia. Firmy zamykały się albo cięły wydatki, mieszkańcy wyjeżdżali, a w regionach przyfrontowych kurczyły się całe lokalne gospodarki. Jednocześnie redakcjom przybywały nowe koszty: relokacja, generatory i stacje zasilania, internet satelitarny, czy sprzęt ochronny.
W badaniu IMI przeprowadzonym wśród dziennikarzy i redaktorów na przełomie 2025 i 2026 roku tylko co dziesiąta osoba określiła sytuację finansową swojego medium jako stabilną lub poprawiającą się. 67 procent osób wskazało granty jako jedno z kluczowych źródeł przychodów, wobec 45,5 procent wskazujących reklamę.
Lokalne media są szczególnie kruche, zauważa Romaniuk. Ich rynek reklamowy zawsze był mniejszy, a w społecznościach przyfrontowych część regionalnych przedsiębiorstw po prostu zniknęła.
– Lokalni dziennikarze wykonują pracę, która jest społecznie niezbędna, ale bardzo trudna do zmonetyzowania – mówi. – Podczas wojny publiczna wartość tego dziennikarstwa wzrosła, podczas gdy jego komercyjny rynek się skurczył.
Dlatego Romaniuk przestrzega przed romantyzowaniem „odporności” ukraińskich mediów.
– Jest naprawdę niezwykła, ale nie jest nieskończonym zasobem.

Aż zrobią się dziury
Choć budynek redakcji „Horyzontów” został ostrzelany i ograbiony, i do dziś nie nadaje się do użytku, to nie skradziono z niego być może najważniejszej rzeczy: archiwum gazety. Pokój, w którym przechowywano ponad stuletnie roczniki, przetrwał okupację nietknięty.
– Cudem – podkreśla Grygorenko.
Po wyzwoleniu redakcja przeniosła archiwum w bezpieczniejsze miejsce i wciąż dodaje do niego kolejne karty historii miasta: doświadczenie okupacji, zniszczenia, śmierć mieszkańców, odbudowę, procesy kolaborantów. W 2024 roku Grygorenko wydał również książkę „Izium. Kronika okupacji i wyzwolenia”, która, jak mówi, ma kiedyś posłużyć jako źródło dla ludzi badających to, co wydarzyło się w mieście.

Romaniuk uważa, że właśnie tworzenie pamięci jest dziś jedną z kluczowych funkcji lokalnych mediów.
– Korespondent z Kijowa albo zagranicznej redakcji może zobaczyć zniszczoną ulicę. Lokalny dziennikarz wie, kto przy tej ulicy mieszkał, jaki sklep tam stał, kto wyjechał, kto został i co zniknęło z życia społeczności.
Pytam Grygorenkę, co chciałby, żeby zobaczył dziennikarz, który kiedyś otworzy archiwum „Horyzontów”. Odpowiada, że sam często sięga po dawne roczniki i czyta je z fascynacją.
– Tak wiele jest tam zapisane między wierszami. Myślę, że nasze roczniki będą czytane tak długo, aż zrobią się w nich dziury.
Po chwili przypomina ukraińskie powiedzenie:
– Tego co napisane piórem, nie wyrąbiesz siekierą.
O Autorce:
Ada Petriczko – reporterka, autorka non-fiction, korespondentka Balkan Investigative Reporting Network (BIRN) w Polsce. Pisze o polityce, prawach człowieka, sprawiedliwości społecznej i kulturze oraz przemianach zachodzących w Europie Środkowo-Wschodniej. Jej reportaże, teksty publicystyczne, wywiady i zdjęcia ukazywały się m.in. w „The New York Times”, „The Guardian”, „The Boston Globe” oraz „Gazecie Wyborczej”. W ostatnich latach koncentruje się na konsekwencjach rosyjskiej agresji na Ukrainę dla regionu, ze szczególnym uwzględnieniem doświadczeń ukraińskich uchodźców i diaspory. Opisywała m.in. sytuację kobiet, które przeżyły przemoc seksualną w trakcie wojny w Ukrainie, historię Serhija Sydorenki – niewidomego ukraińskiego mistrza judo, który po 36 latach odzyskał wzrok – oraz narastające nastroje antyukraińskie w Polsce.


