Aby móc pracować na Krymie Władysław Jesypenko musiał wymyślić sobie nową tożsamość. Przez kilka lat udawało mu się pod przykrywką przeprowadzać wywiady z wysokimi rangą, separatystycznymi politykami, nagrywać fałszowane wybory i referendum, a nawet udokumentować, jak tzw. zielone ludziki przejmowały ukraińską flotę w 2014 roku. Wpadł w marcu 2021, bo złożył kwiaty pod pomnikiem ukraińskiego poety Tarasa Szewczenki. FSB rzuciło go na ziemię, założyło worek na głowę, wywiozło do jakiejś piwnicy, podłączono go do prądu, torturowano, następnie skazano za terroryzm i szpiegostwo. – Wykorzystywali stare sowieckie polowe aparaty telefoniczne. Mają one akurat takie napięcie, że sprawiają wielki ból, ale nie zabiją. Kiedy przyklejali mnie ponownie taśmą do krzesła, byłem gotów przyznać się nawet do zabójstwa Kennedy’ego – opowiada dziennikarz w rozmowie z Piotrem Kaszuwarą, w ramach projektu Fundacji UA Future „Dziennikarstwo w zagrożeniu”, współfinansowanego przez Centrum Mieroszewskiego i Uniwersytet Wrocławski.
- – Czasem mam takie poczucie, że przed zatrzymaniem w ogóle nie żyłem. A teraz żyję – opowiada Władysław Jesypenko o tym, co prawie 5 lat w rosyjskim więzieniu w nim zmieniło.
- Jak przyznaje, długo obmyślał plan, co by zrobił, gdyby dowiedział się, że jego rodzina w tym czasie, gdy on przebywał w więzieniu, zginęła np. w bombardowaniu. – Uświadomiłem sobie, że moje dalsze życie nie będzie miało sensu i wpadłem na pomysł, żeby zdobyć tzw. „zatoczkę”. To takie noże samoróbki wykonane z metalu. Posiadanie ich jest bardzo surowo karane, ale w każdym oddziale więziennym takie „zatoczki” były, żeby pokroić kiełbasę, chleb, ponieważ nie dawano nam noży do rąk, bo bali się, że możemy coś zrobić.
- Władysław Jesypenko mówi, że kiedy zaczynał pracę dla Radia Wolna Europa pod przykrywką na Krymie, nie spodziewał się, że będzie to aż tak niebezpieczne. – Chyba nie zdawałem sobie sprawy, że mogą mnie zabić, mogę zniknąć albo spędzić resztę życia w jakiejś kolonii karnej.
- Czy mimo wszystko zrobiłby to jeszcze raz? Jakie ma marzenia? Jaką by dał sobie radę, gdyby spotkał siebie z przeszłości? Przeczytajcie.
- W rosyjskiej niewoli przebywa 27 ukraińskich dziennikarzy, w większości z Krymu, a także wiele osób z Melitopola. Od 2022 roku zginęło blisko 150 pracowników mediów, a Rosjanie popełnili blisko 1000 wojennych przestępstw przeciwko redakcjom i konkretnym dziennikarzom wojskowym i cywilnym – wynika z raportów Instytutu Masowej Informacji w Kijowie.
Wolność: kocham i rozumiem
Piotr Kaszuwara, PostPravda.Info: Wolność, niepodległość, wolność słowa. Czy te pojęcia zmieniły dla pana znaczenie przez to, co pan przeszedł osobiście w rosyjskiej niewoli, do której dostał się pan za to, że był po prostu dziennikarzem i opisywał pan rzeczywistość okupowanego przez Moskwę Krymu?
Władysław Jesypenko, dziennikarz Radia Swoboda: Zrozumiałem, że z powodu wolności ludzie naprawdę mogą cierpieć. Także ja osobiście. Że o nią trzeba walczyć. I dlatego i ja teraz walczę o naszych ludzi, którzy tam siedzą, bo jestem świadom, że dla nich wolność to życie. Wolność to też prawda. Możliwość mówienia jej.
W Polsce czy w innych krajach Zachodu też niby wiemy, czym jest niepodległość, czym jest wolność. Bardzo często o tym mówimy. Ale mam takie wrażenie po spędzeniu ostatnich pięciu lat w Ukrainie, że w krajach, gdzie wojny się na szczęście nie pamięta, to niepodległość i wolność to takie piękne słowa, z których się korzysta, ale nie do końca stoi za tym coś namacalnego. W pogrążonej w wojnie Ukrainie: pan, żołnierze w okopach, jeńcy, więźniowie polityczni, czy też po prostu ludzie pod rakietami – dla was to nie są tylko słowa, a bardzo konkretne sprawy.
Miałem kiedyś wystąpienie w Genewie w Szwajcarii dla Instytutu Stosunków Międzynarodowych. I wie pan, zazwyczaj o swoich doświadczeniach opowiadałem w sposób dość łagodny. Nie opowiadałem o torturach, o tym przez co ludzie tam naprawdę przechodzą, jak nas cały czas tu bombardują. Ale wtedy wszedłem do sali i patrzę: siedzą tam ludzie, są zrelaksowani, pewnie większość wie, że trwa jakaś tam wojna w Ukrainie. I nagle dopadło mnie takie silne przekonanie, żeby uderzyć ich opowieścią, jak kijem baseballowym.
Zacząłem opowiadać szczegółowo o torturach. Opowiadałem o torturach, przez które przeszli moi znajomi. Mówiłem im na przykład, że mam przyjaciela Kostię Szyringa. Mnie pracownicy FSB zakładali na uszy przewody elektryczne i przepuszczali przeze mnie prąd, a jemu zakładali je na genitalia, żeby wymusić zeznania. Opowiedziałem im o dziennikarce Wiktorii Roszczynie, która zginęła w niewoli. Opowiedziałem niektóre szczegóły, żeby do nich dotrzeć. Żeby ci ludzie, którzy żyją w takim spokojnym kraju, gdzie od ponad 200 lat nie ma wojny, to poczuli.
Mówiłem więc bardzo obrazowo, czego doświadczyła Wiktoria Roszczyna przed śmiercią. Że zamęczono ją w więzieniu, a ciało zwrócono do domu z uszkodzoną czaszką, wyciętym fragmentem mózgu. Nie miała też gałek ocznych, ani krtani. I ci kaci zrobili to, żeby nie było możliwości ustalenia przyczyny jej śmierci. Później powiedziałem, że Putin to współczesny Hitler. Że nie zatrzyma się na Ukrainie. Pójdzie po Polskę, a potem po każdego z nich. Albo więc będziecie walczyć, albo staniecie się niewolnikami.

Chcieli tego słuchać? Bo to jest taki wstrząs dla komfortowego życia tych ludzi. Oni nie myślą o tym, że będą musieli zetknąć się z tak strasznymi historiami. Dla nich to opowieści z jakiegoś telewizyjnego horroru, a nie rzeczywistość z kraju obok w Europie.
Niektórzy płakali słysząc, co mówię. Poczułem kontakt. Na pewno był to dla nich wielki wstrząs, ale chyba to na nich jakoś jednak wpłynęło. Mam nadzieję.
Dziś Ukraina obchodzi 35-lecie odzyskania niepodległości. W piątym roku pełnoskalowej wojny, w 12 roku od napaści Rosji na Donbas, od nielegalnego zajęcia Krymu. Niewiele ponad rok temu był pan jeszcze w więzieniu. Protesty, prośby ani groźby ze strony ONZ, OBWE, Amnesty International i wielu innych organizacji nic nie dawały. Wiedział pan, że w ogóle trwa pełnoskalowa wojna? Inwazja? Co panu o niej mówiono w więzieniu?
Pełnoskalową inwazję zastałem w areszcie śledczym w Symferopolu na Krymie. I oczywiście nikt nie przekazywał nam żadnych informacji, ale słyszałem huk samolotów transportowych i rozumiałem, że coś poważnego się dzieje. Na następny dzień rano przyszli tacy weseli strażnicy i mówią: „Wszystko świetnie! Rosyjska armia weszła do obwodu chersońskiego”. I jeszcze się cieszyli, że wysadzili tamę i że teraz będzie ryba w kanałach Krymu. Rybacy-wesołki stwierdzili, że Ukrainie jest „piździec”.
Później przeniesiono mnie do kolonii karnej w Kerczu, a był tam telewizor i oglądałem rosyjskie kanały. Zazwyczaj puszczali nam „60 minut” z Olgą Skabiejewą. Rosyjski program polityczny. To jest dokładnie tak, jakby jeść gówno łyżką, żeby znaleźć tam odrobinę miodu. Czyli miałem świadomość, że nie mam żadnych innych informacji i muszę jakoś analizować i oglądać, to co jest, żeby przynajmniej rozumieć, co naprawdę dzieje się w Ukrainie.
Czasami dosłownie na moment puszczali ukraińskie kanały i pojawiały się jakieś komentarze. I na ukraińskich kanałach był pasek informacyjny, a ja w ciągu tych 5–7 sekund biegłem do telewizora i czytałem, co było napisane. To była jedyna informacja, którą miałem. Wymienialiśmy listy z żoną, ale ponieważ była cenzura, nie mogliśmy rozmawiać o tym, co naprawdę się dzieje.

Czyli w ogóle nie było możliwości zdobywania żadnych obiektywnych informacji? To chyba był pan w szoku, kiedy po zwolnieniu z więzienia, zobaczył pan, co tak naprawdę się dzieje.
Przez cały ten czas najbardziej martwiłem się o swoją rodzinę. Jednocześnie rozumiałem, że mogę nigdy nie wrócić z więzienia i prawdopodobnie, ten wyrok może nie być moim ostatnim. Mogą dawać mi kolejne wyroki, mogą mnie zabić. A wtedy Nawalny już nie żył. Został zabity w więzieniu. Tak samo mogłem skończyć i ja, moi przyjaciele, inni więźniowie polityczni. W zasadzie… jaki to dla Rosjan problem? Ale mimo to, najgorszy był strach o bliskich. To było moje codziennie zmartwienie. O sobie wiedziałem, co się może stać. Znałem algorytm tortur i śmierci. A co z nimi się dzieje? Tego nie wiedziałem. Aby jakoś się podnieść na duchu, wymyśliłem, co bym zrobił, gdybym się dowiedział, że moja rodzina – nie daj Boże – zgineła w bombardowaniu.
Uświadomiłem sobie, że moje dalsze życie nie będzie miało sensu i wpadłem na pomysł, żeby zdobyć tzw. „zatoczkę”. To takie noże samoróbki wykonane z metalu. Posiadanie ich jest bardzo surowo karane, ale w każdym oddziale więziennym takie „zatoczki” były, żeby pokroić kiełbasę, chleb, ponieważ nie dawano nam noży do rąk, bo bali się, że możemy coś zrobić.
I wtedy pomyślałem sobie, że jeśli – nie daj Boże – coś takiego się wydarzy, to poproszę, żeby mnie zabrano do administracji, tam, gdzie znajdują się oficerowie naszego więzienia i po prostu zacznę ich rżnąć tym nożem, tak żeby ubić ich jak najwięcej. To byłaby moja odpowiedź. I wie pan? Poczułem się lepiej, kiedy to wymyśliłem.
FSB i lojalność za pieniądze: wielu się zgadzało
W 2013 roku wyprowadził się pan z Krzywego Rogu na Krym. Też niedługo udało się nacieszyć wolnością, bo tylko rok i trzeba było uciekać. Wielu dziennikarzy decydowało się wyjechać spod okupacji. Nie dało się tam pracować? Jak Rosjanie odnosili się do niezależnych, ukraińskich redakcji?
Początkowo w 2014 roku była tam redakcja krymskotatarska. I przez jakiś czas nie tyle pozwalali im pracować, ale, po prostu jak rozumiem, te służby, czyli FSB i wszystkie inne, miały inne problemy na głowie. Przez jakiś czas dziennikarze działali, a potem zaczęły się aresztowania. To był 2015 rok. Mykoła Semena, prawie 70-latek, który pisał materiały dla Radia Wolna Europa został aresztowany, jako jeden z pierwszych. Człowiek już starszy, emeryt, ale go złapali i dali mu wyrok w zawieszeniu.
Potem zaczęli zatrzymywać krymskotatarskich aktywistów, dziennikarzy. I to było jak narastająca fala. W 2015, 2016 roku było już naprawdę niebezpiecznie. Ludzie zaczęli znikać. Na przykład Tatarzy krymscy, którzy w 2014 roku blokowali parlament Krymu. Po prostu ludzie znikali i nikt nie wiedział, gdzie się podziali. I wtedy uświadomiłem sobie, że będzie niebezpiecznie.
Zanim zaczęły się faktyczne represje, to próbowano dziennikarzy przeciągnąć na swoją stronę?
Tak, oczywiście. Tak stało się zresztą z Medżlisem (organizacja Tatarów krymskich – red.) i z niektórymi liderami narodu krymskotatarskiego, w tym z Refatem Czubarowem, który wiem, że osobiście rozmawiał z Putinem. Prawdopodobnie padły tam jakieś propozycje. Czyli próbowali się dogadywać i przeciągnąć na swoją stronę znane osoby i niektórych dziennikarzy. I niektórzy dziennikarze się na to zgodzili. Taka mentalność. Uważali się za Rosjan i jak tylko ci przyszli, to powiedzieli: „OK, będziemy pracować dla was”.
Czytaj także: „Nie da się zaprzyjaźnić z krokodylem”. Andrzej Poczobut o tym, jak działa białoruskie KGB
Do pana też przychodzili?
Nie, bo ja do 2014 roku nie miałem nic wspólnego z dziennikarstwem. Miałem własną firmę. Zajmowałem się nieruchomościami. Nie miałem żadnych akredytacji, ani nic takiego. Gdybym miał ukraińską, to wtedy by mieli powód, żeby mnie od razu aresztować. Kiedy zacząłem współpracować z Radiem Wolna Europa, to nikt o mnie nie wiedział. Na początku pracy jako freelancer pytałem nawet w redakcji, czy mogą mi dać namiary na innych reporterów na Krymie, żeby mi ktoś w ogóle wytłumaczył, co do czego, bo ja dopiero zaczynałem pracę. Powiedziano mi, że to poufne informacje i niebezpiecznie byłoby je znać. „Ty robisz swoje, oni swoje i nie musicie niczego o sobie wiedzieć”.
Czy znał pan kogoś, kto zaczął pracować dla Rosjan? Może ktoś opowiadał, jak na przykład próbowali przeciągnąć go na swoją stronę? Słyszałem takie historie, że przychodzi FSB i mówi: „No dawaj, przyjacielu, porozmawiajmy. Damy ci świetne informacje, będziesz pierwszy, który to opublikuje”. Na przykład. Wie pan, tak na dobrego glinę.
Podczas tortur czasami robili przerwę i prowadzili ze mną jakieś rozmowy. Zapytali mnie raz: „Ty, w ogóle, dużo zarabiasz?”. Mówię: „Niewiele”. „No, to jesteś głupi, bo my płacilibyśmy ci, gdybyś pracował z nami. Płacilibyśmy ci dziesięć razy więcej niż ta kwota, którą tam dostawałeś”. Nie wiem czy to była propozycja, bo potem bili dalej.
Ale kolaborantów było wielu. Wie pan, ponad 80 procent pracowników SBU i naszych ukraińskich wojskowych przeszło w 2014 roku do rosyjskiej armii. Bez jednego wystrzału niemal. Była taka kobieta, która kierowała ukraińską wspólnotą na Krymie. Tak się to jakoś nazywało. Ona również przeszła na stronę Rosji. I bardzo często później widywałem ją w telewizji, jak występowała w wyszywankach, w tych wiankach kolorowych na głowie i mówiła, że „my Ukraińcy i Rosjanie jesteśmy prawdziwymi braćmi”.
Potrzebny im jest taki obrazek, żeby pokazać, że są Ukraińcy, którzy nie uważają okupacji za coś złego.
I kuszą ludzi marchewką. Oferują bardzo duże pieniądze. W 2014 roku chodziłem na siłownię w Sewastopolu, trenowałem sporty walki i spotkałem kiedyś majora ukraińskiej armii. Nazwijmy go Sława. Na początku mówił, że on to za Ukrainą, a kiedyś przychodzi i tłumaczy się, że jednak się zdecydował na zmianę naszywki na mundurze. „Miałem taką małą pensję, a tu dali mi takie sumy, że już nawet kredyt spłaciłem” – stwierdził. Dla wielu ludzi, to było niestety coś zwyczajnego. Zdrada również była dla nich czymś zwyczajnym.

Jaki jest następny krok? Rozumiem, że przychodzi człowiek, próbuje się dogadać, ale dziennikarz się nie zgadza. I co dalej? Od razu do więzienia?
O tym decyduje FSB. Nie jakiś tam [Siergiej] Aksionow (szef samozwańczej i nieuznawanej Republiki Krymu, wieloletni zwolennik przyłączenia Półwyspu Krymskiego do Rosji – red.), czy ktoś inny. FSB podejmowała decyzję kogo zatrzymać, komu dać wyrok w zawieszeniu, a komu 20 lat więzienia. W zależności, kto według nich powodował, jak duże zagrożenie. Niektórych dziennikarzy uznano za dywersantów i przypisano im gromadzenie broni, np. [Ołeksij] Bessarabow, [Wołodymyr] Dudka, czy [Dmytro] Sztyblikow. Na razie żadna międzynarodowa instytucja nie zdołała ich uwolnić. Rosjanie dbają, by ci ludzie nie wyszli żywi z więzień. Chcą, żeby tam umarli, bo tak wysokie wyroki, to dla nich praktycznie dożywocie i to bez żadnych dowodów winy.
Granat, koronawirus i kwiaty dla Tarasa Szewczenki. Schematy FSB
Na pana też nie było konkretnych dowodów. Rosjanie twierdzili, że znaleźli w pana samochodzie granat własnej roboty. Swoją drogą, kiedy ja w 2016 roku wjeżdżałem do nieuznawanej i separatystycznej tzw. Donieckiej Republiki Ludowej, to rosyjski żołnierz też chciał mi do ręki dać granat. Podniosłem ręce do góry i powiedziałem, że nie mam zamiaru go nawet dotknąć. Teraz, 10 lat później myślę sobie, że gdybym go wziął, to byłoby pozamiatane.
Pewnie to pana uratowało. Choć też należy dodać, że to był początek okupacji i jeszcze wówczas oni nie działali tak bezczelnie. Do tego wiedzieli, że jest pan polskim dziennikarzem.
Myślę, że byłby problem, gdyby ludzie w autobusie nie zaczęli krzyczeć na tego wojskowego: „Co ty robisz? Po co dajesz mu ten granat?”. I on się wtedy wycofał.
Miał pan szczęście. Gdyby to było po 2022 roku, to by pana po prostu zamknęli, zrobili z pana incomunicado (stan izolacji, odcięcia od świata i kontaktów – red.) i być może zniknąłby pan na zawsze.

To jak było z tym granatem u pana?
Nawet nie to, że próbowali mi go włożyć do ręki. Podrzucili mi go do samochodu w trakcie zatrzymania, a później twierdzili, że znaleźli na nim moje DNA. Nawet nie odciski palców, bo odcisków nie było. To akurat były czasy koronawirusa, więc wymazy z jamy ustnej pobierano od nas systematycznie, żeby sprawdzić, czy ktoś nie jest chory. Nawet kiedy prowadzili mnie do oficera FSB na przesłuchanie, to też pobrali wymaz, żeby upewnić się, że go nie zarażę. Materiału biologicznego ode mnie mieli więc pod dostatkiem. Magicy z FSB robili, co chcieli.
Pan pamięta jeszcze czasy Związku Radzieckiego. Cenzurę, kontrolę mediów, represje polityczne na niezależnych dziennikarzach, jeśli tacy tam w ogóle byli, później lata 90., zabójstwa niewygodnych dziennikarzy już w Federacji Rosyjskiej, także na początku XXI wieku. Obecnie widzi pan jakieś podobieństwa do tego aparatu represji sprzed lat? Rosjanie się uczyli, wykształcili jakiś proces, skuteczny schemat działania?
Wielu pracowników FSB jest wnukami tych, którzy pracowali tam wcześniej, w KGB, w NKWD. W 1937 roku w obwodzie sumskim aresztowano mojego dziadka. Był koniuszym we wsi. Trafił za kraty razem z bratem. Sprawa sądowa trwała kilka dni. 30 kwietnia 1937 roku go zatrzymano, a 9 maja rozstrzelano. Minęły 84 lata i dokładnie to samo przydarzyło się mnie, tylko że ja przeżyłem. To diabelski kraj i diabelscy ludzie, którzy są następcami czekistów. Działają według tych samych schematów. Zmieniło się tylko to, że kiedyś zabijali od razu, a teraz więżą ludzi latami i niszczą człowieka. Jeśli ich nie powstrzymamy, to w końcu też zaczną rozstrzeliwać z powodów politycznych.
Historia pańskiego dziadka była dla pana jakimś triggerem, żeby wybrać taki zawód, jaki pan wybrał? Dlaczego właściwie chciał pan zostać dziennikarzem?
Ja w ogóle nie byłem zawodowym dziennikarzem. Moja siostra Larysa Krupina pracowała w kijowskiej gazecie „Fakty”. Obserwowałem jej pracę, ciekawiło mnie to. Czasami woziłem ją w różne miejsca, gdzie prowadziła dziennikarskie śledztwa. Do 2014 roku nie myślałem nawet, żeby być w tej profesji. Zajmowałem się handlem nieruchomościami. Gdy się zaczęła okupacja Krymu, jakoś mniej lub bardziej świadomie, zacząłem dokumentować wydarzenia. Na przykład blokadę sztabu Floty Czarnomorskiej Ukrainy, gdzie stali ci emeryci, a za nimi żołnierze bez naszywek i pilnowali tych emerytów, żeby nic im się nie stało. Widziałem, jak zajmowane są inne obiekty wojskowe, jak po Sewastopolu jeździły „Tigry”, rosyjskie wojskowe jeepy z karabinami maszynowymi albo granatnikami.
I co się stało? Skąd pomysł, żeby zostać dziennikarzem? Przecież doskonale wiedział pan, że to niebezpieczny zawód. Nie lepiej było handlować mieszkaniami dalej?
Pomyślałem, że jakoś chcę walczyć. Zajęcie Krymu to dla mnie była osobista tragedia. Musieliśmy wyjechać z Półwyspu. Po jakimś czasie wywiozłem żonę, córkę, która akurat wtedy przyszła na świat w okupowanym Sewastopolu, dlatego nie od razu mogliśmy się przenieść do Krzywego Rogu. Jak oni już byli bezpieczni to mówię: coś muszę zrobić. Pierwsza myśl: pójdę na wojnę. Poszedłem do jednostki Gwardii Narodowej w Hostomelu, miałem 43 lata i usłyszałem: „Nie uważasz, że jesteś już trochę za stary?”. Ostatecznie zrezygnowałem. Zacząłem jeździć na Krym i nagrywać materiały dla kanału ICTV. Zobaczyłem, że to ma sens, bo nie każdy był w stanie takie rzeczy robić. Nie każdy będzie chciał pojechać na okupowane terytorium i incognito robić materiały, by pokazywać światu, co tam naprawdę się dzieje.
Czytaj także: Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

„Miałem swoją legendę”
Jak to się robi, żeby pozostać anonimowym w takich warunkach? Po prostu nagrywa pan telefonem, słucha i obserwuje?
Po pierwsze ja mieszkałem w Sewastopolu i byłem tam swój. Oczywiście rozmawiałem po rosyjsku i kiedy na przykład miałem za zadanie nagrać tak zwane „wybory na prezydenta Rosji” albo do ich parlamentu, to po prostu jeździłem, nagrywałem, rozmawiałem z ludźmi i mówiłem, że reprezentuję… No, miałem taką legendę, że reprezentuję Pierwsze Sewastopolskie Studio Filmów Dokumentalnych. Ono w ogóle nigdy nie istniało, ale musiałem coś odpowiadać, bo niemal zawsze ludzie pytali: „Kim jesteś?”.
Nawet była taka sytuacja, że przeprowadzałem wywiad z Jurijem Mieszkowem, dawnym prezydentem Autonomicznej Republiki Krymu (1994-1995 – red). Rozmawiam z nim, rozmawiam, on coś mi opowiada, a potem nagle pyta: „Przepraszam, a ty w ogóle kim jesteś?”. Więc ja standardowo odpowiadam, że Pierwsze Sewastopolskie Studio Filmów Dokumentalnych. A on na to: „A, no dobrze, to swoi”. W ten sposób, jakimś cudem udawało się zrobić bardzo wiele materiałów, nawet bez pokazywania jakichkolwiek legitymacji. Rzadko kto odmawiał, choć były i takie przypadki.
Wie pan, kiedy był ten moment, że Rosjanie zrozumieli, kim pan naprawdę jest i co pan robi?
Nie.
Ktoś pana wydał? Jak pan myśli, co się stało?
Różnie mogło być. Być może ktoś z moich przyjaciół na Krymie. Nie wykluczam, że ktoś przekazał informację z jakichś swoich powodów. Być może komuś powiedziano: „Albo teraz powiesz, kim on jest i czym się zajmuje, albo…”. Jest tam wielu ludzi lojalnych. Nie tyle całkowicie oddanych Rosji, ale lojalnych, bo mają swoje biznesy, życie, rodziny, domy. Ja uważam, że jeśli masz firmę na Krymie, to z podatków finansujesz agresora. Dlatego zerwałem te kontakty już dawno. Bo jedno, kiedy pracujesz pod okupacją, by wyżywić rodzinę, a drugie, kiedy robisz tam milionowe interesy. Może to ktoś z takich ludzi mnie wydał, a może jakieś centrum analityczne wpadło na mój trop. Może nagrali mój głos, porównali i się zorientowali. Trudno powiedzieć.
W jakiś sposób na pewno stał się pan dla nich interesujący.
Tak.

Gdyby mógł pan jeszcze raz wybrać, jeszcze raz podjąć tę decyzję: czy zostać dziennikarzem, czy może zajmować się tym wszystkim, czym zajmował się pan do tej pory, to czy coś by pan zmienił?
Chyba jednak, kiedy zaczynałem, to nie do końca zdawałem sobie sprawę z konsekwencji. Z tego, że mogą mnie najzwyczajniej w świecie zabić. Albo, że mogę zniknąć. Bo wtedy jeszcze nie było aż takiego zagrożenia na pierwszy rzut oka. Mykoli Semenie dali wyrok w zawieszeniu. Byli dziennikarze – Ukraińcy albo krymscy Tatarzy – którzy przyjechali, coś nagrali, FSB ich zatrzymała, dała im deportację i zakaz wjazdu na 50 lat na terytorium Krymu. To mnie jakoś nie przerażało, bo też sądziłem, że jak mnie złapią to każą wyjechać i nic więcej się nie stanie. W końcu byłem po prostu dziennikarzem, niczym innym się nie zajmowałem. Teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo było to niebezpieczne. Ale myślę, że poszedłbym tą samą drogą, jedynie byłbym bardziej ostrożny.
Mogłem zostać w Pradze, zajmować się czymś innym, ale musiałem coś zrobić. Chciałem czuć się pożyteczny dla swojego kraju, który został zaatakowany. Nie żałuję, choć wtedy bywało niebezpiecznie i dziś jest niebezpiecznie, gdy jeżdżę w pobliże linii frontu. Niedawno byłem w Charkowie i dron-rakieta Banderol z głowicą bojową 115 kilogramów uderzył w blok, gdzie nocowałem na Saltiwce. Zawaliły się mieszkania od 7 do 10 piętra. Ja spałem akurat na 7, tylko z drugiej strony budynku i to mnie uratowało.
Wiem, że to wszystkie jest groźne, ale trwa wojna i nie potrafię inaczej.
Kiedy pojechał pan na Krym w marcu 2021 roku, już bardzo dobrze wiedział pan, jaki jest stosunek Rosjan i jakie represje mogą na pana czekać, jeśli złoży pan kwiaty pod pomnikiem Tarasa Szewczenki. Dla Rosjan to symboliczny gest, a oni takich symboli nie lubią. Szewczenko pisał: „W swojej chacie własna jest i prawda, i siła, i wola”. Jak pan myśli, czy aresztując pana właśnie wtedy, symbolicznie chcieli pokazać, że nie ma ani własnej chaty, ani prawdy, ani siły, ani woli?
Myślę, że oni w ogóle nie rozpatrują tego w literackich kategoriach. Oni o tym nie myślą. Mają algorytm działania, według którego funkcjonuje władza okupacyjna.
Czyli co robili na przykład wtedy, 9 marca 2021 roku?
Jeśli w dniu urodzin naszego Tarasa Hryhorowycza przyszli w ogóle jacyś ludzie pod pomnik, to pierwsze ich rejestrowali, nagrywali. Choć nikt tam nie przychodził wtedy z ukraińskimi flagami, nie było haseł w rodzaju „Krym to Ukraina”, niczego takiego nie mówili. To po prostu byli ludzie, którzy — zarówno wcześniej, jak i teraz — cytowali wiersze Tarasa Szewczenki i wyrażali dla niego szacunek. Ale dla FSB był już sygnał: to są ludzie niepewni politycznie. Być może współpracują z ukraińskim wywiadem. Być może mogą dokonywać dywersji. Czy chodzi więc o składanie kwiatów pod pomnikiem, czy o wpis na Instagramie — oni mają jasno określony schemat, według którego klasyfikują ludzi. Potem decydują, co zrobić z daną osobą.
Bardzo rzadko zdarzało się, że człowieka zatrzymano, odbyła się rozmowa, dostał grzywnę za jakieś wykroczenie administracyjne i został wypuszczony. Zazwyczaj było tak, że jeśli człowiek trafiał w ich pole zainteresowania, to go śledzili, a potem decydowali, jaki wyrok mu „przypisać”: albo podrzucić broń, materiały wybuchowe, albo zrobić z niego jeszcze większego dywersanta i powiedzieć, że chciał na przykład osobiście wysadzić w powietrze Aksionowa. Mają też swoje wytyczne i tabelki do wypełnienia. Padało polecenie, że mają w danym miesiącu, w takim a takim regionie, zatrzymać nie mniej niż 20 osób za szpiegostwo. Więc wyłapują ludzi na podstawie wcześniej zebranych informacji. Jesteś w grupie ryzyka, złożyłeś kwiaty, dostajesz 20 lat.

To może po prostu przypadkowo stał się pan celem? Akurat położył pan te kwiaty i potem zaczęli sprawdzać: kto to jest, gdzie był, co robił?
Mieli dużo informacji na mój temat. Mam bardzo wielu znajomych wśród wojskowych czy policjantów. I miałem takiego kolegę, nazywał się Krawczuk, był pułkownikiem. I ich bardzo interesowało, dlaczego osobiście się z nim kontaktowałem. Powiedzieli nawet, że był moim oficerem prowadzącym. A my się znaliśmy z 15 lat. Przyjaźniły się nasze rodziny. Znałem jego żonę, bywaliśmy u siebie w domach. I jego nazwisko padło podczas zatrzymania, twierdzono, że wykonywałem jego polecenia. Z analizy wyszło im więc, że jestem szpiegiem.
FSB: „Teraz pojedziemy w miejsce, gdzie wszystko podpiszesz”
Co panu powiedzieli, kiedy został pan zatrzymany na samym początku? O czym wtedy rozmawialiście?
Zatrzymali mnie, gdy jechałem z Symferopola do Ałuszty. I swoją drogą, była to dość zabawna historia. Policjant z drogówki zatrzymał mój samochód. Nie było z nim żadnego funkcjonariusza FSB. Wysiadam i widzę zwierzęcy strach w jego oczach. Jak sobie to analizuję po latach, to myślę, że pewnie powiedzieli mu, że jestem jakimś niebezpiecznym dywersantem. I on myślał: „Boże, po co mi to? Do emerytury zostało mi pięć lat, po co mi to wszystko, żeby zatrzymywać jakiegoś dywersanta, jeszcze mnie zabiją”. Miał taki zwierzęcy strach w oczach, a ja nie rozumiałem, dlaczego nawet nie poprosił o dokumenty. Po chwili podbiegli funkcjonariusze FSB, wykręcili mi ręce, rzucili na ziemię. Potem podnieśli i kazali podpisywać jakieś dokumenty. Zażądałem adwokata i stwierdziłem, że niczego nie będę podpisywał.
Był tam taki człowiek — później dowiedziałem się, że miał na imię Denis — to był ich przełożony, który osobiście mnie torturował. Miałem z nim kilka rozmów. Był w kominiarce, więc nie widziałem nigdy jego twarzy. To był taki wielki facet, niebieskooki, miał chyba metr osiemdziesiąt pięć–dziewięćdziesiąt wzrostu. I mówi do mnie z moskiewskim akcentem: „Сейчас мы поедем в то место, где ты всё подпишешь” — „Teraz pojedziemy w miejsce, gdzie wszystko podpiszesz”.
„Dokąd możesz mnie zawieźć?”. Tak sobie myślałem. A potem: „co oni mi właściwie zrobią?” Może wstrzykną mi serum prawdy, jak oglądałem w filmach sensacyjnych. „Nie mam nic do ukrycia, powiem, jak jest, że jestem dziennikarzem. Przecież to nie jest przestępstwo”.
Ale potem przewieźli mnie do jakiejś piwnicy i rozebrali do naga. Zacząłem się stawiać, ale ich było tam… może pięciu, tych funkcjonariuszy FSB. Nie dość, że było ich więcej, to ja jeszcze byłem w kajdankach. Założyli mi przewody elektryczne na uszy i puścili prąd.
Wszystko odbywało się w całkowitej ciszy. Nic nie mówili. Zrozumiałem, że chodziło o złamanie woli człowieka.
Przypomniałem sobie, że kiedyś czytałem o nazistowskich obozach koncentracyjnych. Żeby złamać człowieka też rozbierano go do naga. Podświadomie człowiek traci wtedy poczucie możliwości oporu. I ze mną zrobili dokładnie to samo. Mieli dobrych nauczycieli.
Skąd wobec pana wzięły się aż tak brutalne metody?
To nie tylko wobec mnie. Oni działają jak precyzyjna maszyna. Mają określony algorytm. Jeżeli człowiek jest podejrzewany o szpiegostwo albo dywersję, to stosują wobec niego tortury. Rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy przeszli podobną ścieżkę. Tych metod tortur nie było aż tak wiele. Zasadniczo albo człowieka biją — bardzo mocno, po głowie, nie wybierają nawet, gdzie uderzyć — albo przepuszczają przez niego prąd.
Różne mają sposoby: mogą założyć przewody na uszy, tak jak u mnie, mogą podłączyć je do palców, polewać dłonie wodą i puszczać prąd albo podłączać przewody do genitaliów. Cel jest konkretny: żeby człowiek od razu przyznał się do wszystkiego. I w takim stanie rzeczywiście to działa. Jak mnie znowu sadzali na tym krześle, to krzyczałem, że podpiszę wszystko co chcą, nawet, że zabiłem Kennedy’ego, tylko, żeby już tego nie robili. Ale nie poskutkowało. Przykleili mnie taśmą do krzesła, podpięli przewody i ponownie puścili prąd.
Ból był taki, że podskoczyłem, krzesło się połamało, a ja zostałem z kawałkami tego krzesła przyklejonymi taśmą do rąk. Miałem też na głowie taką czarną maskę, żebym niczego nie widział. W pewnym momencie zerwałem tę maskę i zobaczyłem, co leżało na ich stole – czym mnie torturowali. Był to wojskowy telefon polowy. To urządzenie ma napięcie 12 woltów. Nie zabija człowieka, ale powoduje ogromne cierpienie. Rozmawiałem z wieloma więźniami politycznymi i oni również mówili, że byli torturowani za pomocą „tapika”. „Tapik” to właśnie aparat telefoniczny – TAP-57, albo TAP-80.
Widziałem takie same telefony w Bałakliji, po wyzwoleniu obwodu chersońskiego w 2022 roku, gdzie pokazywano mi pozostałości po rosyjskiej katowni, urządzonej na komisariacie policji w centrum miasta.
To są ich standardy, według których działają na okupowanych terytoriach.

Czytaj także: Izium: „Miasto bez gazety. Gazeta bez miasta”
Rozmawiał pan z innymi dziennikarzami, którzy też siedzieli w tym samym więzieniu?
Ja zostałem osadzony w takim bloku, gdzie nie było żadnego kontaktu ze światem. Nawet w areszcie śledczym, były tak zwane „podorożnyje” – czyli takie sznurki, za pomocą których przekazuje się notatki. Tam, gdzie byłem nawet tego nie można było robić. To był całkowicie odizolowany specjalny blok Symferopolskiego Aresztu Śledczego. Wtedy nie było jeszcze tak zwanego SIZO-2, do którego teraz trafiają ludzie. Choć czasem można było kogoś spotkać, kiedy mnie np. relokowano. Była taka sytuacja, że podchodzi do mnie taki bardzo wyczerpany człowiek w okularach i mówi: „Pan Wład?”. Odpowiadam: „Tak”. A on: „Jestem Nariman Dżelal (Krymskotatarski działacz na rzecz praw człowieka, skazany na 17 lat kolonii karnej w 2021 roku za rzekomy akt dywersji na gazociągu, uwolniony z niewoli w 2024 roku – red.). Rozmawiałem z pańską żoną podczas Platformy Krymskiej (2021 rok, tuż przed zatrzymaniem Dżelala – red.). Jestem również dziennikarzem i mnie również aresztowali”.
I to było coś, co mnie bardzo podniosło na duchu. Jakbym znalazł bratnią duszę. Później przekazywałem mu jakieś gazety i mówiłem: „Nariman, czytaj, bo to jest jakaś prawdziwa informacja. Rosyjskie gazety, ale znajdziesz tam informacje, które są w miarę prawdziwe”. I wzajemnie się wspieraliśmy. Siedział piętro wyżej i każdego ranka krzyczałem do niego: „Nariman, jak tam?”. A on do mnie: „Wszystko dobrze! A u ciebie?”. Mieliśmy w sobie jakieś oparcie.
I swoją drogą, kiedy został mianowany ambasadorem nadzwyczajnym Ukrainy w Turcji, to odebrałem to, jak policzek dla Putina. Człowiek, którego oskarżano o bycie dywersantem, został ambasadorem w Turcji, a Erdogan osobiście go przyjął, odebrał od niego listy uwierzytelniające. Dla mnie był to bardzo ważny moment i uważam, że jest to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Bardzo się cieszę, że poznałem go w Symferopolskim Areszcie Śledczym. Ale to był jedyny taki przypadek.
Gdyby mógł pan spotkać samego siebie i udzielić sobie jakiejś rady, to z jakiego okresu swojego życia chciałby pan spotkać siebie i co by pan sobie doradził?
Bardzo dużo czasu traciłem na niepotrzebne rzeczy. Zajmowałem się nieruchomościami, wcześniej prowadziłem biznes. Gdybym mógł, to powiedziałbym sobie, że dziennikarstwo jest czymś wspaniałym, że to jest sens życia. „Zacznij to robić wcześniej” – to bym sobie powiedział.

Boże, dlaczego? Spraw, by Putin stanął przed trybunałem
Co sam pan zauważa, że się w panu zmieniło przez to całe doświadczenie?
Zmieniło się to, że chyba uświadamiasz sobie, że wykonujesz teraz pracę, przez którą możesz umrzeć. Tak było wtedy na Krymie i tak jest teraz, kiedy jeżdżę do Chersonia, na Donbas, czy w inne niebezpieczne miejsca. Dorosłem. Zdobyłem doświadczenie. Czasem mam takie poczucie, że przed zatrzymaniem w ogóle nie żyłem. A teraz żyję. Wiem, co to życie i jak jest cenne.
Nie czuje pan, że coś przez ten czas, który spędził pan w więzieniu, pan stracił?
Najważniejsze, co straciłem, to czas z moją córką. Wyrosła i bardzo trudno jest nam się ze sobą porozumiewać. To bardzo poważny problem, z którym teraz się zmagam. Pewnie to się zmieni, ale właśnie oprócz tego, że zabrali mi osobiście ponad cztery lata życia, to pozbawili mnie możliwości wychowywania córki.
A co pan zyskał?
Doświadczenie. Bardzo cenne doświadczenie, którego nikomu nie życzę, ale daje ono umiejętność niemarnowania czasu na drobiazgi.

Przyszłość nadejdzie już jutro. O przyszłości można marzyć, można ją budować, projektować, troszczyć się o nią albo przewidywać ją, analizując teraźniejszość i przeszłość, żeby zrozumieć, co się wydarzy. O czym pan marzy? Co chciałby pan zbudować? Jak widzi pan swoją przyszłość i przyszłość Ukrainy?
Miałem w więzieniu taką modlitwę, choć wcześniej miałem dość sceptyczny stosunek do Boga. Na początku też miałem do Niego wiele pretensji i mówiłem: „Cholera, Boże, dlaczego mi to zrobiłeś? Mogę stąd nie wyjść, mogę umrzeć”. Ale każdego dnia się modliłem i czytałem Biblię. Mówiłem: „Boże, dziękuję Ci za to, że dałeś mi kolejny dzień życia. Boże, dziękuję Ci za to, że chronisz moją duszę i wolność. Dziękuję Ci za to, że dałeś mi życie, zachowałeś je i proszę, zachowaj życie moich bliskich i rodziny”.
Potem dodawałem: „Boże, spraw, żeby wszyscy więźniowie polityczni jak najszybciej, żywi i zdrowi, wrócili do domu”. Następnie: „Boże, spraw, żeby Ukraina pokonała Rosję w tym roku, żeby skończyła się wojna i żebyśmy odzyskali wszystkie okupowane terytoria”. I jeszcze: „Boże, spraw, żeby prezydent Rosji Putin został osądzony przez międzynarodowy trybunał, zgodnie z sumieniem i sprawiedliwością”. A na koniec: „Boże, spraw, żeby z moją rodziną wszystko było dobrze”.
To była moja modlitwa. W roku 2022, 2023, 2024 i 2025. Każdego dnia modliłem się, żeby to wszystko się spełniło. I jestem pewien, że tak właśnie będzie. Choć tylko Bóg zna swoje plany i ścieżki. Może jeszcze nie przyszedł czas. Może tę drogę śmierci naszych ludzi z jakiegoś powodu musimy przejść.
Ukraina przetrwa i będzie kwitnącym krajem. Putin wbrew swoim planom scementował nasz naród. Są przejściowe problemy, jak teraz z Polską, ale jestem pewien, że przez to też przejdziemy, bo wiemy, co Polska dla nas zrobiła, i jesteśmy za to bardzo wdzięczni. Ja zawsze dziękuję wszystkim Polakom, a w Warszawie czuję się jak w drugim domu. Rozumiem, że Krymu szybko nie odzyskamy, że to będzie długa gra, ale też kiedyś do tego dojdzie. Innych opcji nie biorę pod uwagę. Ukraina będzie żyć.
Jakiej przyszłości się pan boi?
Ja się nie boję. No może tego, że mogę zginąć, bo jako dziennikarz jestem w grupie ryzyka. I to byłaby tragedia dla mojej rodziny.
Za pomoc w realizacji materiału dziękujemy Centrum Praw Człowieka w Kijowie ZMINA.


