Wybory w Ukrainie za pasem. Wojna zmierza do końca, dlatego Kijów poświęcił Warszawę za cenę paru medali [ANALIZA]

„Mów, że jesteś słaby, kiedy jesteś silny, a kiedy jesteś słaby, mów, że jesteś silny”. Wydaje się, że zarówno Ukraina, jak i Rosja mocno wzięły sobie do strategii działania te słowa Sun Zi, chińskiego mistrza wojny sprzed 2500 lat. I to wcale nie ironia, bo jego książka „Sztuka wojny”, to od wielu lat obowiązkowa pozycja na akademiach wojennych i w ośrodkach szkolenia szpiegów w Rosji. Mgła wojny od wielu miesięcy zalewa przestrzeń informacyjną i bardzo trudno jest z niej wyłuskać rzeczywistość. Media opierają się głównie na oficjalnych komunikatach jednej bądź drugiej strony, które niejednokroć nasycone są propagandą, właśnie w celu realizacji zaleceń starożytnego generała. Spróbujmy więc wykorzystać dekonstrukcję Jacques’a Derridy i prawdę odnaleźć na marginesach.

Spotkanie grupy G7, czyli czekając na konkrety

Różnego rodzaju szczyty, czy to państw G7, czy tzw. Koalicji Chętnych oraz inne spotkania decyzyjnych polityków zazwyczaj są pewnym podsumowaniem wcześniejszych prac grup roboczych. To wyselekcjonowani specjaliści i dyplomaci z poszczególnych krajów wypracowują szczegóły porozumień i umów, jakie później ogłaszają ich szefowie na finalnych konferencjach. Szczyty to błyski fleszy, oficjalne komunikaty, słowem efekt ciężkiej pracy za kulisami. Jeśli w ten sposób ustalić punkt ciężkości, to spróbujmy zastanowić się, jakie postępy przyniosło zakończone niedawno posiedzenie państw G7.

Stany Zjednoczone, Europa i Ukraina podobno prowadzą rozmowy w sprawie licencji na produkcję amerykańskiej broni za granicą, ale nie jest jasne, gdzie ta produkcja miałaby się odbywać – słusznie zauważają specjaliści Instytutu Studiów nad Wojną w swoim najnowszym raporcie podsumowującym spotkanie we Francji. We wspólnym oświadczeniu państwa oświadczyły, że są „gotowe rozważyć” udzielenie Ukrainie licencji na zwiększenie ukraińskiej produkcji wojskowej — prawdopodobnie odnosząc się do pomysłów, aby Stany Zjednoczone zezwoliły na produkcję rakiet przechwytujących Patriot w Ukrainie lub w Europie. Pozostajemy jednak w sferze domysłów, bo do ewentualnego otwarcia takiej produkcji droga jest daleka. Najpierw USA musiałyby w ogóle zezwolić swoim firmom na działalność za granicą, później faktycznie udzielić licencji, a nie tylko rozważać taką ewentualność, następnie wybrać konkretne miejsce dla produkcji i zorganizować zakłady. Wydaje się to dość trudnym zadaniem, zwłaszcza w warunkach wojennych, gdy Rosja nie pozostaje bierna w ostrzeliwaniu wojskowych celów w Ukrainie. Można założyć, że fabryka rakiet Patriot mogłaby stać się strategicznym oczkiem w głowie dla armi Putina już na samym etapie budowy.

W międzyczasie Donald Trump znów zmienił zdanie, bo o ile podczas szczytu G7 deklarował wsparcie dla Ukrainy, to już parę godzin później twierdził, że skoro USA przekazało setki miliardów dolarów wsparcia Ukrainie, to wypadałoby sprawdzić, gdzie te pieniądze się podziały.

Przywódcy G7 oświadczyli ponadto, że uzasadnionym jest zwiększenie dostaw systemów obrony przeciwlotniczej dla Ukrainy, a także wsparcie jej wysiłków związanych z atakami dalekiego zasięgu na cele w Rosji. Tu znów potykamy się o brutalną rzeczywistość. Tego typu deklaracje o chęci wsparcia Ukrainy słyszeliśmy już niejednokrotnie, widzieliśmy uderzenia ręką w stół przez zachodnich przywódców, podpisywane memoranda i listy intencyjne, ale realia są okrutne. Świat żyje obecnie w zagrożeniu. Wiele krajów, w tym także europejskich, państw NATO, Zatoki Perskiej czy Azji, obawia się agresji np. ze strony Rosji, Iranu lub Chin. Zasoby militarne, w tym zapasy rakiet Patriot są mocno uszczuplone po wojnie USA z Iranem. W ciągu kilku dni wykorzystano niemal całkowicie zapasy gromadzone latami. Ocenia się, że kraje Zatoki Perskiej zużyły około 2500 różnego rodzaju pocisków obrony przeciwlotniczej w pierwszych dniach konfliktu. W magazynach miałoby zostać ich w sumie jeszcze kilkaset. Roczna produkcja Amerykanów to około 650 sztuk. Gołym okiem więc widać, że kraje tego szeroko zakrojonego sojuszu, będą chciały w pierwszej kolejności zaspokoić własne potrzeby i uzupełnić uszczuplone zapasy.

Na ten moment jedynie WIelka Brytania potwierdziła konkretne wsparcie dla Kijowa w postaci 100 pocisków Patriot. Cała reszta to sfera marzeń i obietnic.

Czytaj także: Zadowolić Donalda Trumpa. Czy negocjacje pokojowe to symulacja stworzona dla USA? [ANALIZA]

Na zdj. Donald Trump podczas szczytu G7 we Francji, czerwiec 2026. Fot. Biuro Prezydenta Ukrainy. Wybory w Ukrainie.
Na zdj. Donald Trump podczas szczytu G7 we Francji, czerwiec 2026. Fot. Biuro Prezydenta Ukrainy.

Prezydent Wołodymyr Zełenski oraz między innymi szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha od kilku lat, niemal każdego dnia apelują do partnerów o wsparcie ukraińskiej obrony przeciwlotniczej, ale w realiach globalnego strachu te prośby są o tyle brane pod uwagę, o ile mało kto chciałby widzieć Kijów szybko zrównany z ziemią. Źle by to wyglądało, nawet w obliczu rosnącej niechęci zachodnich społeczeństw do dalszej pomocy Ukrainie (do tego wątku jeszcze przejdziemy w dalszej części analizy). Nie wydaje się więc, aby celem było to, aby Kijów uzyskał pełną swobodę w strącaniu dowolnej ilości rosyjskiego arsenału. I widzimy to niestety w ostatnich miesiącach coraz silniej. Ukraina, której zasoby są ograniczone musi coraz częściej wybierać, który cel strącić, a który przepuścić. Zwłaszcza, że Rosjanie zmienili taktykę.

Jeszcze w ubiegłym roku mieszkańcy Kijowa słysząc alarmy o nadciągającej fali rakiet i dronów, nieszczególnie gorliwie reagowali na nie zejściem do schronów. W 2026 roku kijowskie metro przyjmuje co noc ponad 40 tysięcy ludzi, czyli rząd wielkości niemałego powiatowego miasta w Polsce. Ludzie zabierają ze sobą namioty, materace, przygotowują się na spędzenie całej nocy w ukryciu, bo coraz więcej w szczególności rakiet balistycznych takich jak Iskander-M, czy Cyrkon, dosięgają celów. Nie rzadko cywilnych. Obawa, że akurat mój blok oberwie, rośnie wraz z prawdopodobieństwem i kolejnymi relacjami z miejsc tragedii.

Oprócz Kijowa bombardowane są inne miasta Ukrainy, o czym już tak często w mediach nie słychać, bo całe serwisy informacyjne musiałyby mówić jedynie o tym, jeśli każda informacja miałaby być przekazywana. Charków stał się już miastem przyfrontowym, a alarmy trwają tam niemal nieustannie. Na 30 dni w miesiącu maju, syreny w obwodzie wyły bez przerwy przez ponad 26 dni. Zagrożenie niemal nigdy się nie kończyło. Niebezpieczna stała się też Odessa, Dnipro, nie wspominając już o miastach położonych kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu takich jak Zaporoże, Pawłograd, Sumy czy Izium. Obrony przeciwlotniczej krytycznie brakuje i bez względu na zapewnienia płynące z politycznych gabinetów światowych liderów, staje się ona coraz bardziej wybiórcza i dziurawa.

Ukraina, czy Rosja? Kto wygrywa?

To zależy, czy w tego typu wojnie jaka toczy się obecnie w Ukrainie da się w ogóle określić zwycięzcę i przegranego. Jeśli spojrzeć na komunikaty w mediach ukraińskich oraz niektórych mainstreamowych mediach zachodnich, to napełnione są one informacjami o sukcesach Zbrojnych Sił Ukrainy, między innymi w atakach na cele w głębi Rosji, czy o zdobyczach terytorialnych Ukrainy, które przekraczają rosyjskie. Diabeł jak zwykle to bywa, tkwi jednak w szczegółach.

Rzeczywiście patrząc na liczby całkowite i w ten sposób porównując statystyki (statystycznie, jak idziemy na spacer z psem, to każdy z nas ma po trzy nogi), narracja jest korzystna dla Kijowa. Ale znów odbijamy się o twardą rzeczywistość. Na wojennych mapach trudno znaleźć obszary, jakie Rosja okupowała między 2022 a 2025 i wróciły one pod jurysdykcję Ukrainy w rezultacie walk z roku 2026. Wygląda to raczej na pewną przepychankę na froncie niż na realne, zaplanowane i strategiczne działania. Rosjanie uderzają tam, skąd Ukraińcy ze względu na ograniczone możliwości na chwilę odpuszczają. Jeśli zajęty przez Moskwę teren jest dla Kijowa strategicznie istotny, to siły koncentrowane są tam i teren odbijany, ale niestety również ze stratami, które dla Ukriany są wyjątkowo bolesne.

Przykładem mogą być walki o okolice Dobropola na Donbasie, na północ od Pokrowska. Rosjanie w 2025 roku, prowadząc ofensywę na Pokrowsk i Myrnohrad, zdołali kilkoma niewielkimi grupami przedrzeć się w kierunku jednej z głównych tras logistycznych z Dnipro do Kramatorska i zająć tam ponad 50 kilometrów kwadratowych terenu. Sporym wysiłkiem między innymi żołnierzy 3. Dywizji teren udało się odzyskać. Rosjanie wykorzystując sytuację ruszyli z kolei na kierunku zaporoskim i zdołali zdobyć Hulajpole i wysunąć się na dogodniejsze pozycje do ataków na Pokrowskie, Petropawliwkę i Pawłograd. Tego skutki obserwujemy do dziś, bo zagrożenie w tych miastach znacznie wzrosło.

Czytaj także: Siewiersk upada. Rosjanie są już w mieście. Front się chwieje, a Donald Trump się chwali, że nie pomaga

Największym sukcesem ostatnich miesięcy ze strony Ukrainy było odbicie Kupiańska. Kontrola nad nim jest bez wątpienia rozpatrywana jako być albo nie być dla sporej części regionu charkowskiego. Kupiańsk, Izium i Balaklija tworzą bowiem trójkąt logistyczny, położony na wzniesieniach. Utrata jakiekolwiek z tych miast grozi katastrofą i powrotem okupacji z 2022 roku. Kupiańsk to kolejne kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych, jakie można dopisać do statystyk. Pytanie czy miasto rzeczywiście nadaje się do życia i można je nazywać wyzwolonym? To raczej strefa śmierci, do której dostęp mają w dużej mierze jedynie drony i roboty, a każdy poruszający się w okolicy pojazd czy człowiek jest celem.

Podobna przepychanka trwa w okolicy Orichowa. Rosjanie wyszli około 8 kilometrów na przód w kierunku Zaporoża, okupowali między innymi Stepnohirsk czy Kamiańskie. Po ciężkich walkach Ukraińcom udało się ich zatrzymać i cofnąć o jakieś 2,5 kilometra, ale i to nie wystarcza, żeby w pełni swobodnie dziś poruszać się po okolicznych drogach, będących w zasięgu dronów FPV. Ich możliwości rażenia ograniczają między innymi setki kilometrów siatek antydronowych, pokrywających połacie ukraińskich terytoriów na wschodzie.

W aurze sukcesów i porażek, niemal niezauważenie, kolejne po Pokrowsku i Hulajpolu ukraińskie ważne strategicznie i militarnie miasto wpada w ręce Rosjan. Chodzi o Konstantynówkę położoną na trasie łączącej niegdyś Kramatorsk, Bachmut i Donieck. Okoliczne wzgórza długo pozwalały bronić Ukrainie dostępu do tej części Donbasu. Rosjanie od kilkunastu miesięcu walczą o Konstantynówkę i okolice. Trudno więc także nazwać to porażającym sukcesem Kremla, ale jednak Putin powoli i skrupulatnie dopina swego, jednocześnie prowadząc wojnę daleką od blitzkriega, ale za to potwornie wyniszczającą dla ukraińskiego społeczeństwa.

Jednocześnie zmusza Ukraińców do osłony terenów ważnych z punktu widzenia obrony całego kraju. Rosjanie małymi krokami okupują ziemie położone przy granicy z Rosją. Zdołali przedrzeć się na teren o łącznej wielości około 200 km2, tworząc drażliwe dla obrony przyczółki w kilku regionach Ukrainy, w szczególności w obwodzie sumskim. Droga z Sum do Charkowa zaczęła być na tyle niebezpieczna, że organiczono część transportu. Kreml jest około 8 kilometrów od bocznej, wschodniej trasy oraz 28 kilometrów od głównej szosy między tymi miastami. To nie tylko utrata kolejnych wiosek, przymusowa ewakuacja ludzi z obszaru kilkuset kilometrów kwadratowych, ale także kolejne miejsce na mapie drobnych problemów dla uszczuplonej kadrowo ukraińskiej armii.

wybory w Ukrainie
Obecna sytuacja na Donbasie. Na mapie Deepstate widzimy okrążoną przez Rosjan Konstantynówkę.

Negocjacje pokojowe. Kto ich chce i dlaczego nie jest to Putin?

Już dużo wody w rzekach przepłynęło od stycznia 2025 roku, czyli od półtora roku od kiedy trwają 24 godziny Donalda Trumpa, podczas których miał cudownie zakończyć wojnę w Ukrainie. W tym samym czasie sam wywołał parę wojen i kilka z nich mniej lub bardziej owocnie zakończył. Zorganizowano Putinowi spacer po czerwonym dywanie, przywrócono narrację Rosji na międzynarodowe salony, kremlowska propaganda wciąż delikatnie, ale jednak widocznie, po czterech latach okrutnej wojny przeciwko Ukrainie, zdołała przeniknąć do oficjalnych komunikatów światowych agencji i jest cytowana przez prasę zachodnią, w tym polską. To niewątpliwy sukces Moskwy, bo dzięki temu jest w stanie powołując się na demokratyczne wartości, wolność słowa, czy nawet czasem na prawo międzynarodowe, przekonywać do swoich racji, manipulując naszymi emocjami, jakoby był to dodatek do obiektywnej wizji świata.

Tym sposobem udaje się propagandowo przekierowywać uwagę mediów zachodnich już nie tylko na zbrodnie popełniane przez Rosjan w Ukrainie, ale także na światłocienie ukraińskich przewinień, jakimi bywają w tym ujęciu określane np. bombardowania Moskwy, czy innych regionów Federacji Rosyjskiej, a nawet kwestie historyczne w ujęciu Polski. Powstał informacyjny chaos, w miejsce prostego przekazu i faktu, jakim jest, że to Rosja rozpętała wojnę w Ukrainie i każda śmierć i zniszczenie jest odpowiedzialnością Putina.

Ale to raz właśnie rosyjski dyktator, a raz Zełenski jest przedstawiany przez administrację USA, jako ten, który faktycznie blokuje porozumienie pokojowe. Tymczasem po słowach Putina z 9 maja 2026 roku, że zakończenie wojny jest blisko, ataki na Ukrainę stały się bardziej intensywne, a ofiar i zniszczeń przybywa. Machina nie tylko się nie zatrzymuje, ale znów zdaje się nabierać rozpędu.

Rozmowy trójstronne, dwustronne, czy jednostronne nie zmieniły stanowiska Ukrainy ani Rosji. Każda strona stara się przekonywać własną i zagraniczną opinię publiczną oraz administrację Donalda Trumpa, że to nikt inny jak nie oni właśnie są tymi, którzy rękę wyciągają śmielej niż przeciwnik. Podobnie jak na froncie, także i w rozmowach wydaje się, że mamy zarówno pas, jak i przepychankę.

W rzeczywistości przybywa groźnych ataków ze strony Rosji, ale i ze strony Kijowa. Co z jednej strony jest ewidentną eskalacją, a z drugiej być może próbą ustawienia się w lepszej negocjacyjnej pozycji. Dotychczas to Moskwa dyktowała warunki potencjalnego i efemerycznego porozumienia, a dziś Ukraina stara się przechylić szalę argumentów na swoją korzyść, by móc czegokolwiek przy stole żądać.

Trwają próby przekonania prezydenta Rosji do bezpośrednich negocjacji, ale komunikat z Kremla na razie jest jednoznaczny: „nie mamy o czym rozmawiać”. Waga otwartości, zwłaszcza po złamaniu większości obietnic danych przez Putina od początku prezydentury Trumpa, jest obecnie na stronie Zełenskiego. Stąd i próba ostatecznego przekonania USA, że to właśnie Moskwa nie chce pokoju, bo to nieustannie w wątpliwość poddaje sam prezydent Trump, jak i wielu członków jego rządu.

Czytaj także: Negocjacje z Rosją. Pokój jako narzędzie wojny – rosyjska strategia od 100 lat [ANALIZA]

Zełenski liczy, że Putin odmówi wizyty w Stanach Zjednoczonych, czym wbije ostateczny gwóźdź do swojej trumny negocjacyjnej. Taka jest obecna propozycja: by do trójstronnych rozmów pokojowych doszło na terenie Ameryki, pod czujnym okiem rozjemcy Trumpa. Urodzinowy wręcz prezent byłby to dla prezydenta USA, który właśnie wkracza w ostateczną fazę kampanii wyborczej przed jesiennymi wyborami do Kongresu. Zakończenie wojny w Ukrainie lub chociażby osiągnięcie krótkotrwałego zawieszenia broni mogłoby przekonać o sprawczości amerykańskiego przywódcy i pomóc mu przetrwać zawieruchę głosowania. Jeśli Republikanie straciliby większość, to kończy się era władzy absolutnej Trumpa, a zza horyzontu wyłania się realna groźba impeachmentu.

Wybory w Ukrainie

Nie mamy takich informacji, ale można sobie łatwo wyobrazić, że polityk w obliczu takich argumentów będzie starał się ustawić sprawy tak, aby były dla niego wyborczo korzystne. Gdyby więc w najbliższym czasie – w idealnym scenariuszu latem 2026 roku – udało się osiągnąć nawet kruche porozumienie między Ukrainą a Rosją, a Kijów w jego obliczu zdecydowałby się przeprowadzić wybory prezydenckie i parlamentarne, to geopolityka przykryłaby absolutnie amerykańską kampanię i pozwoliła Trumpowi suchą nogą przejść do zwyczajnego (nie)porządku swoich rządów. Wyobrażam sobie więc, że republikańska administracja robi wiele, by taki scenariusz zrealizować.

Pewnie dlatego mimo widocznej eskalacji działań wojennych, coraz częściej dyskutuje się o możliwym zawieszeniu ognia w Ukrainie. Napewno zależy na tym samemu Wołodymyrowi Zełenskiemu, zdaje się, że bardziej niż Władimirowi Putinowi, bo to jednak prezydent Ukrainy nieustannie zabiega o przywrócenie negocjacji.

Zmusza go do tego między innymi krucha koalicja ze Stanami Zjednoczonymi, a nad głową jak topór wisi upadek Donbasu. Po Konstantynówce, niechybnie bowiem przyjdzie kolej na obronę Kramatorska oraz Słowiańska. Niemal pewnym jest, że bitwa o te miasta potrwa wiele miesięcy i będzie bardzo kosztowna dla obu stron, o czym Rosjanie bardzo dobrze wiedzą. Próbują więc podobnie jak Ukraińcy pod Mariupolem, odcinać kolejne szlaki logistyczne, tak aby walkę Ukraińcom uniemożliwić. Wiedzą to też Ukraińcy, bo jeśli padną ostatnie twierdze, to front przesunie się nagle o ponad 100 kilometrów, armia może być po tym zdziesiątkowana, a kasa pusta. Im dłużej więc wojna trwa, tym gorzej dla Kijowa.

Na zdj. Wołodymyr Zełenski, fot. Biuro Prezydenta Ukrainy. Wybory w Ukrainie.
Na zdj. Wołodymyr Zełenski, fot. Biuro Prezydenta Ukrainy.

Ukraińskie społeczeństwo jest coraz bardziej zmęczone przedłużającą się wojną, a morale mocno złamała nie tylko zima, ale także korupcyjne skandale na szczytach władzy. Co prawda Wołodymyr Zełenski przetrwał, pozbywając się wielu czarnych owiec, swoich bliskich współpracowników i wieloletnich przyjaciół, ale jego poparcie zmalało. Z ostatnich badań opinii społecznej wynika, że 67 procent obywateli Ukrainy chciałoby zmiany władzy po wojnie. Nadal jednak obowiązuje niepisana umowa, zakładająca, że do zakończenia konfliktu władzy się nie rusza. A władzą jest Zełenski, który niejednokrotnie sam mówił o sobie: „Ukraina to ja”. Przynajmniej do wyborów.

Wiele znaków na marginesach negocjacji, polityki wewnętrznej i zewnętrznej Ukrainy pokazuje, że koniec wojny, w takim, czy innym scenariuszu rzeczywiście się zbliża. Poszczególne kraje, ale także pojedynczy politycy w Ukrainie, zaczynają deklarować stronę, którą zajmą w przyszłości. Wydaje się, że Zełenski uznał, że o prorosyjski, czy rosyjskojęzyczny elektorat nie ma sensu zabiegać i to z wielu względów. Dlatego wprowadzono niedawno ustawę dotyczącą ochrony języków mniejszości narodowych w Ukrainie i wykreślono z niej język rosyjski. Ukraina zbliżyła się do Unii Europejskiej, czego chce część społeczeństwa, a to potencjalni wyborcy obecnego prezydenta. Wcześniej otwarto granice dla młodzieży do 24 roku życia i to też elektorat Sługi Narodu.

Pod wpływem kilku lat wyniszczającej wojny i zagrożenia egzystencjalnego dla całego narodu oraz kultury, duża część społeczeństwa ukraińskiego się zradykalizowała. Wiele osób deklaruje poglądy nacjonalistyczne. Dla nich każda zależność jest nie do zaakceptowania, bo właśnie o wolność toczy się walka. Zupełnie więc nie wyobrażają sobie powrotu do poprzedniej ery, kiedy warunki dyktowała Moskwa, ale i marzenie o dołączeniu do Unii Europejskiej też wcale nie jest w nich szczególnie silne.

Woleliby widzieć swój kraj w pełni niezależny, z jednym urzędowym językiem, bez migrantów, z narodowym biznesem, dla którego zagraniczne inwestycje są szczepionką, którą bierze się po to, by później zapomnieć, w którym miejscu było ukłucie. Inwestycje mają pomóc gospodarce ruszyć, ale zgodnie z marzeniem ludzi deklarujących się jako ukraińscy nacjonaliści, lwia część przedsiębiorstw miałaby być ukraińska i tylko Ukrainie przynosić korzyści. Już teraz niektórzy zagraniczni przedsiębiorcy dopatrują się w szeregu kontroli, czy szybkich przetargów – jakie wygrywają nowi oligarchowie – podwalin nowego ładu, który nie przewiduje dzielenia się tortem.

Z wojny wrócą też weterani, którzy będą czuli większą i według nich bardziej sprawiedliwą i uzasadnioną konieczność ponoszenia dalszej odpowiedzialności za losy kraju. Tym razem na pewno będą chcieli dopilnować, by do władzy nie doszli ludzie, z którymi walczyli przez lata, a także nie wrócili do niej skorumpowani dygnitarze, którzy według wielu ukraińskich żołnierzy, też mają na rękach ich krew, bo lewe interesy prowadzili, gdy oni bili się z Rosjanami.

Ogromną siłą, obecnie największą w ukraińskiej armii, trzymającą setki kilometrów linii frontu i bardzo zorganizowaną są wojskowi 3. Dywizji, a także żołnierze Azowa, czy jednostki Kraken. Wszystkie oddziały zaangażowane w te formacje odwołują się do koncepcji nacjonalistycznych, narodowościowych, patriotycznych i ogromny nacisk kładą na narodowowyzwoleńcze aspekty ukraińskiej historii, czyli między innymi Ukraińską Powstańczą Armię, której działania, bez względu na to jak nie byłyby oceniane przez np. Polskę, były podyktowane dobrem narodu, które usprawiedliwia wszystko, bo Ukraina dla nich jest „ponad wse”.

Na zdj. dowódca 3. Dywizji Andrij Biłecki z ministrem obrony narodowej Łotwy. Wybory w Ukrainie
Na zdj. dowódca 3. Dywizji Andrij Biłecki z ministrem obrony narodowej Łotwy. Mat. pras. jednostki.

Ukraina oddała Polskę, bo mało to kosztowało

Wołodymyr Zełenski nie był darzony szczególną sympatią w tych środowiskach, mimo podejmowanych już w przeszłości rekonesansów np. w postaci spotkania z Jarosławem Hunką w 2023 roku w Kanadzie. Sporo kontrowersji wywołało wtedy przedstawienie akurat tego weterana Zełenskiemu, bo okrzyknięto go bohaterem II wojny światowej walczącym z Sowietami, ale zapomniano dodać, że służył w nazistowskiej 14. Dywizji Grenadierów Waffen SS. Te symbole w obliczu obecnej wojny z Rosją, często się mieszają, prześlizgując się pomiędzy niewygodnymi elementami przeszłości, jakie uznaje się za nieistotne w tym danym momencie. Niemal tak samo zamyka się na nie oczy, jak wobec wątpliwości, co do otoczenia głowy państwa. „Najpierw wygrajmy wojnę, przeżyjmy ja, a później przyjdzie kolej na całą resztę.”

Sun Zi w swojej książce też o tym pisał. „Nie zmienia się dowództwa w trakcie walki, bo przyniesie to porażkę”. Dlatego zamiast odsuwać Zełenskiego od władzy, czy powoływać radę narodową, jak swojego czasu proponowała opozycja i były prezydent Petro Poroszenko, poszukuje się możliwości jednoczenia obywateli na nowo. Bez względu na cenę.

Wołodymyr Zełenski podobnie, jak bohater serialu „Sługa Narodu” Wasyl Hołoborodko, do perfekcji opanował wykorzystywanie niepowodzeń na własną korzyść. Bo jak pisał również Sun Zi, czasem trzeba umieć przegrać bitwę, by móc wygrać wojnę. Nacjonalistycznie nastawionego elektoratu nie dałoby się przeciągnąć na własną stronę jeszcze bardziej nienawidząc Rosjan. To dla Ukraińców jest oczywiste. Jeśli jednak spojrzymy na liderów kształtujących tę część opinii społecznej, to okazuje się, że nie tylko Moskwę oni krytykują. Wachtang Kipiani, autor książek o UPA, czy prawicowi komentatorzy tacy jak dziennikarz Oleksandr Zinchenko oraz naukowiec Wołodymyr Wiatrowycz, tworzący swoistą medialną trójcę, często jako kontrapunkt dla Ukrainy widzą Warszawę. Aby więc stanąć po ich stronie, trzeba było zjednoczenia i reintegracji szukać właśnie w konflikcie z Polską.

Nietrudno bowiem uwierzyć, że na Bankowej doskonale zdawano sobie sprawę, że nadanie nazwy jednej z jednostek Sił Specjalnych Operacji imienia bohaterów UPA uruchomi lawinę negatywnych komentarzy nad Wisłą, gdzie nastroje antyukraińskie wśród prawej i prorosyjskiej części społeczeństwa były napięte i napinane do granic wytrzymałości od kilku lat. Jednak cena za złamanie partnerstwa z Warszawą dla Kijowa nie jest szczególnie wygórowana. Państwo NATO i tak będzie musiało realizować strategiczne cele sojuszu, a Mark Rutte od dawna przyjaźni się z Zełenskim i często odwiedza stolicę kraju, sprzeciwiając się nawet otwarcie polityce Waszyngtonu.

Na zdj. Wołodymyr Zełenski i Mark Rutte. Fot. Biuro Prezydenta Ukrainy. Wybory w Ukrainie.
Na zdj. Wołodymyr Zełenski i Mark Rutte. Fot. Biuro Prezydenta Ukrainy.

Prezent podarował tej narracji także prezydent Polski Karol Nawrocki, stwierdzając, że odbierze Zełenskiemu Order Orła Białego. Nic lepszego wydarzyć się nie mogło dla Ukrainy. Ordery i medale zaczęli zwracać kolejno sprzymierzeni z Zełenskim politycy i dyplomaci, cieszący się społecznym poparciem, a Polska w oczach ukraińskiego narodu i opinii międzynarodowej wyszła na niezrozumiałego pieniacza. Bo oto tu płonie Moskwa, Sankt Petersburg, Kreml zabija cywili, przeprowadza masowe ostrzały kraju, a właśnie w tym krytycznym momencie Polska odwraca się od Ukrainy. I jakiekolwiek historyczne uzasadnienie takiego ruchu nie będzie nigdy zrozumiałe dla Portugalczyków, Francuzów, czy Kanadyjczyków, którzy z Zełenskim siedzą przy jednym stole, wzajemnie obdarowywani dyplomami. Przy okazji w Polsce Ukraina przeprowadziła niepisaną lustrację, bo z twarzy wielu polityków, których serce mocno puka do drzwi Kremla, opadły maski.

Ukraina ponad wse

Bezwzględne zbieranie elektoratu, skomplikowane relacje z USA oraz spektakularne, choć nie do końca efektywne ataki na stolicę Rosji, wydają się spinającym się planem Wołodymyra Zełenskiego na sukces w nadchodzących powojennych wyborach.

I jest to wszystko w pełni uzasadnione, bo bez przysłowiowego Wasyla Hołoborodko Ukrainie grozić może nie tylko wojna domowa po zawieszeniu ognia, ale też scenariusz, w którym cały kraj się rozpada, a do władzy dochodzą cisi sprzymierzeńcy Kremla. W interesie narodowym walczącej Ukrainy jest więc zrobić wszystko, nawet płacąc za to cenę kruchej i stosunkowo taniej przyjaźni z Polską, aby do negatywnych scenariuszy nie dopuścić. Czy nam się to nad Wisłą podoba czy nie: cena paru medali jest dość niską stawką za niepodległość kraju.

Jeśli do negocjacji pokojowych niebawem dojdzie, a wiele wskazuje na to, że zostaną one wznowione i być może zakończą się jakimś porozumieniem o zamrożeniu konfliktu – bo Moskwa zapewne chciałaby pomóc Donaldowi Trumpowi utrzymać władzę – to Kijów musi zadbać, by przy stole nie siedzieć jako przystawka i przegrany, a rozmawiać z pozycji siły, by móc jak najwięcej uzyskać. Temu mają służyć dym i ogień w Moskwie, nawet jeśli wyglądają na pozór jedynie dobrze w ujęciach kamer i telefonów, a nie odmieniają znacząco sytuacji choćby Konstantynówki.

Wiele jest spekulacji, co do tego, kto mógłby zastąpić Wołodymyra Zełenskiego. Czy byłby to Kyryło Budanow, były szef wywiadu wojskowego, a obecnie przewodniczący biura prezydenta? Może jednak cieszący się sympatią i zaufaniem generał Waleryj Załużny? A być może ktoś z opozycji, która bardzo chciałaby przejąć stołki? Na pewno chrapkę na powrót ma mocno wspierający wojskowych i kojarzony z ruchami nacjonalistycznymi Petro Poroszenko, ale są i inni. Często na liście wymienia się też łasych na władzę biznesmenów takich jak Rinat Achmietow, czy wpływowy Serhij Tihipko. Na razie jednak jest to sfera totalnych przypuszczeń, z których większość jest czystą spekulacją i na ten moment zdaje się, że nie wartą omawiania.

Jedno jest pewne. Wołodymyr Zełenski, podobnie jak serialowy bohater „Sługi Narodu” Wasyl Hołoborodko, wierzy mocno w swoją charyzmę, przenikliwość oraz wizjonerstwo. I wiele wskazuje, że całkiem słusznie.

Czytaj także: Kto by pomyślał…? Słowianie, naziści i Rosja. ABW rozbiło siatkę Polaków, szpiegów Moskwy

PostPravda, PostPrawda, Post Prawda, Post Pravda, slajd, reklama

W tym tygodniu

SimRus – Symulator Ruskiego Miru

SimRus - Symulator Ruskiego Miru, czyli jak wygląda życie w Rosji. Tekst stworzony na podstawie prawdziwych historii.

Musk kupił Twittera z pomocą funduszu 8VC, który zatrudnia synów rosyjskich oligarchów

Sąd w Kalifornii nakazał firmie X ujawnić dane swoich inwestorów. Wśród nich znalazł się fundusz 8VC, który obecnie zatrudnia synów rosyjskich oligarchów.

Partia Umarłych przeciwko putinowskiej Rosji

Partia Umarłych rozpoczęła swą działalność jako projekt artystyczny i polityczny w 2017 roku w Petersburgu i stała się znana ze swoich akcji, występów i innych wydarzeń w Rosji. Władze Kremla uznały ją za zagrożenie i zaczęły prześladować jej członków. Wielu działaczy partii zostało zmuszonych do emigracji i obecnie organizują podobne akcje na całym świecie.

Ukraińscy żołnierze szukają zemsty na siłach Putina w Kursku

Ukraińcy szukają zemsty na swój sposób i chcą napierać na terytorium wroga - relacjonuje z Ukrainy Askold Krushelnycky.

O papieżu i Bogu w czasie wojny: Paweł Gonczaruk, biskup, który został w Charkowie [WIDEO]

Biskup diecezji charkowsko-zaporoskiej Paweł Gonczaruk nie opuścił miasta, leżącego bardzo blisko linii frontu przez całą inwazję Rosji na Ukrainę.

Państwo jako narzędzie prawa czy aparat przemocy? Rosja, Polska i Ukraina: sprzeczności historyczne można przezwyciężyć

U podstaw konfliktów politycznych między Polską a Ukrainą leży odmienne postrzeganie historii. Można je jednak przezwyciężyć, jeśli nie będzie się upolityczniać sporów historycznych, lecz wychodzić ze wspólnego rozumienia państwa jako narzędzia systemu prawa służącego zapewnieniu normalnego życia ludzi. Natomiast sprzeczności polityczne z Rosją są zasadniczo nierozwiązywalne. Nawet jeśli do władzy doszliby tam oświeceni liberałowie, nie będą w stanie zmienić historycznego faktu, że Rosja kształtowała się jako państwo wojenne, którego istotą nie jest prawo, lecz aparat przemocy.

Minister Fedorow i generał Syrski. Ukraina płaci za starcie dwóch ego? [ANALIZA]

Mychaiło Fedorow został odwołany ze stanowiska ministra obrony Ukrainy ze względu na konflikt personalny z głównodowodzącym armii Ołeksandrem Syrskim. O co się starli?

Ihar Karniej spędził dwa lata w obozie koncentracyjnym Aleksandra Łukaszenki: „Tam handlują ludźmi”

Ponad dwa lata za kratami, cela jednoosobowa, karcer, transporty między koloniami karnymi, utracone dzienniki, unieważniony paszport i przymusowe życie poza granicami Białorusi. Taką cenę za wykonywanie zawodu dziennikarza zapłacił Ihar Karniej – były pracownik białoruskiej redakcji Radia Swoboda. Tekst powstał w ramach projektu „Dziennikarstwo w zagrożeniu”, finansowanym przez Centrum Mieroszewskiego, Uniwersytet Wrocławski i Fundację UA Future.

Walerij Załużny: Europejscy i amerykańscy analitycy się mylą. Rosja nie przegrała wojny [ANALIZA]

Były naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, Walerij Załużny, przekonuje, że twierdzenia o rychłej porażce Rosji są przedwczesne.

Szczyt NATO w Turcji: „Mogło być dużo gorzej”. Niewątpliwy sukces Zełenskiego [ANALIZA]

Szczyt NATO w Turcji miał pokazać, że Sojusz pozostaje zjednoczony i pewny swoich działań. Zdaniem analityków BBC jego rezultaty jednak pozostawiły mieszane wrażenie. Padły ostre słowa prezydenta USA Donalda Trumpa skierowane do sojuszników z NATO.

Drony odrzutowe atakują Kijów od 16 godzin. Ukraina odpowiada uderzeniami w rosyjskie rafinerie

Już ponad 16 godzin (stan na 15.00, 8 lipca 2026 roku) trwa rosyjski atak na Kijów. Pierwsze rakiety i drony nadleciały nad stolicę około wpół do pierwszej w nocy. Od tej pory alarmy przeciwlotnicze włączają się systematycznie. W kilku miejscach w Kijowie rozgorzały pożary, są ranni i zabici.

Putin stanie przed sądem? Taki mógłby być plan Trumpa na zwycięstwo w wyborach [OPINIA]

Putin zaakceptuje jedynie „pokój cmentarza” i zaprzestanie ataków dopiero wtedy, gdy Rosja zostanie pokonana na polu bitwy – pisze prof. Motyl.

Aleksander Łukaszenka i Władimir Putin nie mają wyjścia. Muszą się platonicznie kochać albo upadną [OPINIA]

Aleksander Łukaszenka, który od blisko 32 lat rządzi Białorusią za pomocą państwowego terroru, sam znalazł się dziś w pułapce sił, nad którymi nie ma kontroli.

Powiązate tematy