Czy to paranoja, czy realność? Działania tajnych, rosyjskich służb, gdy o nich słuchamy mogą wydawać się kadrem ze szpiegowskiego filmu, i to w dodatku kiepskiego, ale to lata praktyki, jak siać strach w ludziach. Czasem kremlowskie specsłużby wręcz chcą, by je zauważyć. Parkują naprzeciwko ulubionego baru ofiary samochód na rejestracjach z tzw. Donieckiej Republiki Ludowej, tego samego człowieka spotyka się w sklepie, na ulicy, w restauracji. Służby wiedzą nawet o planowanej ucieczce, a także o tajnym mieszkaniu w innym kraju. Sprawiają, że ludzie w końcu sami oddają im telefony i proszą, by zamknąć w więzieniu tego a tego. Bo strach i paranoję w Rosji buduje się latami. Bać masz się nawet, gdy jesteś już daleko od katów. Bo czy na pewno są oni tak daleko, jak ci się wydaje?
W Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka rozmawiamy o Biszkeku, w którym niedawno byłem. Najnowsze wieści są niestety ponure: wprowadzono tam zgodnie z zapowiedzią prawo o zagranicznych agentach, podobne do rosyjskiego. Dziennikarze boją się coraz bardziej, upada mit „ostoi wolności” i „najbardziej demokratycznego z autorytarnych krajów Azji Centralnej”. Niektórzy uważają, że sytuacja w Kirgistanie jest już nawet gorsza niż w Uzbekistanie.
Jak ucieka się z SimRusu?
Przez Fundację docieram do wielu uciekinierów. Rodzina z Moskwy opowiada mi, siedząc przy mikrym stoliku w galerii handlowej, że syn zrobił wlepki z napisem ‘Nie dla wojny’ i za te wlepki go aresztowali. Jak go w końcu z aresztu wypuścili, a rodzice pod tym aresztem na niego czekali, to cała rodzina zrozumiała, że nie może już wrócić do domu. I rzeczywiście: nigdy więcej nie zobaczyli swojego mieszkania.
Gdzie się ukrywali, jak uciekali? Tego powiedzieć nie wolno. Jak to zresztą opisać? Jak przekazać, czym jest stan zaszczucia, kiedy nie jesteś w stanie rozmawiać z bliskimi nawet szeptem, siedzicie wieczorem obok siebie w milczeniu i bocie się podsłuchów tak bardzo, że piszecie do siebie na telefonach przez specjalistyczny komunikator? Albo te chaotyczne przesiadki… Gorączkowa próba zamiany karty SIM na czystą. Ręce ci drżą, nie możesz trafić z tą kartą do slota, ludzie zaczynają patrzeć na ciebie coraz dziwniej, łzy płyną ci do oczu, szlochasz i widzisz w lusterku podejrzliwe oczy kierowcy. Dygoczesz coraz mocniej, nie wiesz nawet, czy to twoje rozedrganie widać, ale chyba tak, bo oczy kierowcy, bo oczy współpasażerów, byle wytrzymać, byle się nie rozsypać, byle dojechać…
Rozmawiam potem w Warszawie z aktywistką LGBT+, która doskonale rozumie, gdzie dotarła, wie, że Polska jest krajem konserwatywnym, katolickim, homofobicznym wedle statystyk, ale to właśnie granicę z Polską mogła przejść, trzymając partnerkę za rękę, to właśnie tu mogły po raz pierwszy powiedzieć urzędnikowi, że są parą.
Spotykam się też z młodziutkim opozycjonistą, który wydostał się szczęśliwie z SimRusu, ale kiedy pytam go, co by pomyślał, gdyby kilka lat temu dowiedział się, że będzie mieszkać w Warszawie, co by poczuł, gdyby zobaczył, że siedzi ze mną w naleśnikarni na Mokotowie, wspominając represje i ucieczkę, odpowiada: „Byłbym zapewne bardzo z siebie dumny. Ale gdybym mógł teraz poradzić coś sobie samemu sprzed kilku lat, gdybym mógł sam siebie z przeszłości spotkać, sprawić, by ta przeszłość potoczyła się inaczej, to powiedziałbym do siebie: ‘Nie rób tego. Odpuść. Kiedy uciekniesz – stracisz wszystko. Złamiesz sobie życie’”.
Widzę się wreszcie z wykładowcą, na którego doniosła koleżanka z pracy, że „krytykuje w internecie specoperację”. W ciągu jednego dnia podsunęli mu podanie o zwolnienie, w kadrach wszystko było naszykowane, nigdy nie widział, żeby biurokracja uniwersytecka działała tak sprawnie.
Gadamy ze znaną rosyjską producentką telewizyjną, której proponowano pracę w propagandowym kanale RT. Odmówiła. Z Rosji uciekła jeszcze przed lutym. Zrozumiała, że jeśli będą ją szantażować aresztowaniem syna, to zacznie zeznawać, a jeśli syna naprawdę zamkną, to sama zacznie za nimi biegać i wymyślać zeznania na kogo tylko zechcą, byle wypuścili jej dziecko. No więc wyjechała, nie zdążyła nawet sprzedać mieszkania, nie ma tu teraz nic oprócz samochodu na rosyjskich numerach (flagę na rejestracji stara się zakryć specjalną ramką). Mówi też, że pilnuje zawsze swojego telefonu i torebki, bo niedawno koleżance ktoś telefon nie tyle nawet ukradł, co skopiował z niego dane i na tej podstawie wyłapano tych, którzy pozostali w Rosji.
Kiedy wychodzimy na papierosa przed herbaciarnię, opowiadam producentce o swoich poszukiwaniach wissarionowców, o tym, że Strefa nadal istnieje, że kusiło mnie niejeden raz, by próbować tam dotrzeć. „Nie wolno tam już jechać!” – reaguje od razu. „Wszędzie w takich grupach działają ludzie służb, a obcokrajowcy są teraz bardzo w cenie, Kreml potrzebuje materiału ludzkiego na wymianę więźniów. Uwierz mi, nie chcesz wiedzieć, jak jest w obozie w Rosji”.
Czytaj także: SimRus – Symulator Ruskiego Miru
Potem spotykam polityka, nazywanego Nawalnym Wołogdy: nie potrafi doliczyć się liczby aresztowań ani samochodów, które mu spalono. Pamięta natomiast, jak pobito go pod przedszkolem, z którego odbierał syna. A także, jak kolejnego razu – również pod przedszkolem – minął go rowerzysta, który strzelił mu w plecy.
Rozmawiam wreszcie w Warszawie z Olegiem Rodinem, który był współzałożycielem tymczasowego schroniska dla zbiegów politycznych „Kowczeg”. Opowiada, że przyjechali tu głównie prześladowani aktywiści i dziennikarze. 85 procent uciekinierów to represjonowani w Rosji, do tego są jeszcze Białorusini, Ukraińcy, zbiegowie z Tadżykistanu. Zaraz pojawią się pewnie ci, którzy będą się ewakuować z Kirgistanu. „Tych, którzy do nas dotarli, musieliśmy weryfikować” – tłumaczy mi Rodin, siedząc w korporacyjnym coworkingu w centrum Warszawy. „Musieliśmy być pewni, czy są rzeczywiście przeciwko wojnie, czy myślą podobnie jak my. Nie mogliśmy też wpuścić homofobów”. A jak sam Oleg trafił do Polski? Był po prostu za blisko polityki. Od 2018 roku stał na czele oddziału partii Jabłoko w Niżnym Nowogrodzie. A 24 lutego postanowił zaprotestować przeciwko rosyjskiej agresji. I zaraz po tym proteście zrozumiał, że musi uciekać.
Paranoja. Paranoja?
„Po 24 lutego zacząłem budzić się regularnie o piątej rano. To zupełnie normalne. Tak się właśnie dzieje, kiedy codziennie myślisz, że zaraz cię aresztują. A skoro nie chcesz, żeby cię zaskoczyli we śnie, to ciało się do tego dostosowuje i nie potrzebujesz już nigdy żadnego budzika.
Dlaczego mieliby mnie aresztować? Bo ja zbierałem podpisy przeciwko wojnie. No, w sumie zbyt długo to nie potrwało. Nie minęły trzy dni, a już do mnie przyszli… Najpierw zadzwonił właściciel lokalu, który wynajmowaliśmy na siedzibę partii. Powiedział, że szuka mnie policja, i jeszcze że kazali przekazać, że mam przestać. Sam też zaczął mnie do namawiać, żebyśmy się wycofali. Ja na to, że nie może tego ode mnie żądać. On: no tak tak, niby nie mogę, ale sami wiecie… Nie minęła godzina, jak do biura wparowali prowokatorzy i zaczęli demolkę: zniszczyli listy z podpisami, docisnęli ochroniarza mordą do podłogi, zwichnęli mu rękę, jednej dziewczynie ścisnęli drzwiami rękę, kiedy próbowała wejść do środka. Zgłosiliśmy wtargnięcie.
Jak zareagowała policja? Podjęli decyzję o pełnym przeszukaniu naszej siedziby. O napastników nie pytali w ogóle, interesowały ich za to antywojenne podpisy. Powinniśmy się tego spodziewać… Rozumieliśmy, że przed przeszukaniem musimy ukryć sprzęt, ale o jednym z komputerów zapomnieliśmy. Policja znalazła na twardym dysku wszystkie nasze nagrania wideo z ostatnich pięciu lat, nie tylko to, co publikowaliśmy, ale cały surowiec. Kiedy wzięli dysk na ekspertyzę, to nie było już żadnych wątpliwości, że szyją przeciwko nam sprawę.
Przeszukania dokonali we środę, a w piątek przegłosowano poprawki o karaniu za oczernianie armii i za ‘fake newsy’ o Specoperacji. Od tego dnia nie wolno było powiedzieć ‘Nie dla wojny’. Dziewczyny nadal zbierały podpisy, ale zaczęto je zupełnie otwarcie śledzić. Funkcjonariusze co pewien czas do nich podchodzili i mówili: ‘Chodźcie z nami na komisariat’. One za każdym razem odmawiały, a oni odpuszczali. Teraz myślę, że próbowali je po prostu zmiękczyć, żeby w końcu powiedziały, kto jest inicjatorem tych antywojennych podpisów, bo im była potrzeba konkretna osoba jako organizator.
Mnie również zaczęli śledzić już w piątek. Zaczęły mi się przydarzać dziwaczne sytuacje. Na przykład: zamawiam szaormę na obiad i wracam na chwilę do biura, zanim posiłek będzie gotowy. Przychodzi mama. Ja do niej: ‘chodź ze mną, odbiorę po drodze szaormę’. No i ruszamy w stronę lokalu, ale widzę, że za nam idzie człowiek w wojskowym stroju maskującym i zachowuje się, jakby nas podsłuchiwał. Dochodzimy do skrzyżowania, myślę: przepuścimy go na światłach. No więc on rzeczywiście ruszył, minął nas, patrzę, a ten wchodzi do szaormy, do którego idziemy. Myślę: no nic, szaormy przecież nie zostawię. Weszliśmy więc za nim do środka, odebrałem jedzenie. A on tylko stoi, niczego nie zamawia. Wychodzimy. Mówię mamie, że przejedziemy się trolejbusem, niedługo, jeden przystanek. Nie wsiadł za nami, został na ulicy. Zdążyłem jeszcze zobaczyć, że zaczyna rozmawiać przez telefon. No więc jedziemy tym trolejbusem, wysiadamy, przechodzimy na drugą stronę ulicy. Nagle dostrzegam srebrnego minivana marki Toyota z rejestracją z Donieckiej Republiki Ludowej. Coś jest z tą toyotą nie tak, sam jeszcze nie wiem co. A potem widzę, że za kierownicą siedzi dobrze nam znany mężczyzna w stroju maskującym. No więc naprawdę mnie śledzą, myślę, ale robią to jakoś niezgrabnie, nie kryją się zupełnie. No nic, pewnie mnie też próbują nastraszyć.
Właściwie to to zastraszanie im się udało, bo tego samego dnia podjąłem decyzję o ucieczce. Zrozumiałem po prostu, że skoro od dzisiaj podpadam pod kodeks karny to długo w Rosji już nie pociągnę.
O ucieczce też wiedzieli
Następnego dnia uciekłem do lasu. Z samego rana przyjechali po mnie sprzymierzeńcy, nie wolno mówić, kim byli. Przebrali mnie w inne ciuchy, dali mi długi damski kożuch z kapturem, zasłaniającym twarz, żeby nikt z sąsiadów nie zorientował się, że się ewakuuję. Przebiegliśmy z domu do auta i powieźli mnie w dal. Jak mnie wysadzili w lesie, to tam nie było zasięgu. Ja zresztą i tak wiedziałem, że nie mogę już używać ani swojego telefonu ani karty SIM. No ale żeby wydostać się z kraju, musiałem w końcu wyjść z tych chaszczy, dotrzeć do miasta i zrobić test na COVID. Bez tego nie było szans na przekroczenie granicy.
Wszedłem do polikliniki. Pokazałem swój autentyczny dowód (innego zresztą nie było, a oni chyba nadal nie skoordynowali wszystkich systemów, taką miałem w każdym razie nadzieję…). No więc zrobiłem test, wychodzę z tej kliniki i widzę, że pod budynek podjeżdża pędem radiowóz, hamuje ostro, ze środka wyskakują mundurowi. Po mnie czy nie po mnie? Odchodzę od polikliniki, przyśpieszam, skręcam w prawo. Są za mną. A więc to po mnie… Zwalniam. Spokojnie, byle spokojnie, idę, idę i idę i idę… Kątem oka widzę, że z boku wybiega jakiś typ, co wygląda na policjanta, ale ubrany jest po cywilnemu, pewnie operacyjny. Dobra, powtarzam sobie, dobra, dam radę, wejdę do sklepu, może ich tam zgubię, tak czy inaczej w sklepie, na oczach ludzi, obejdą się ze mną łagodniej, może uda się jakoś dogadać?
Wchodzę więc do tego sklepu, a operacyjny ładuje się za mną do środka i na cały głos składa wszystkim sprzedawczyniom życzenia z okazji Dnia Kobiet. A potem po prostu wychodzi. Ja pytam sprzedawczynie: ‘Znacie tego mężczyznę?’. ‘No właśnie nie, pierwszy raz go widzę’ – odpowiada kasjerka. Rozglądam się po sklepie, kiosku właściwie, patrzę na kiełbasy, ciasteczka, bułki… Pytam: ‘Macie tu tylne wyjście?”. Nie mają. Dzwonię do adwokata z awaryjnej karty: ‘Przyjedźcie po mnie, przyjedźcie szybko, bo zaraz mogą mnie zgarnąć’. ‘Nigdzie się nie ruszaj, stój w sklepie jak kołek’. Stoję więc, gadam ze sprzedawczyniami. Bardzo je ciekawi, za co jestem ścigany. Tłumaczę, że sprzeciwiam się wojnie, a teraz to podpada się pod kodeks karny. One: ‘to teraz nie wolno być przeciw wojnie?’ Odpowiadam, że nie wolno, państwo postanowiło, że wojna jest dobra, ‘rozumiecie, myśmy napadli na Ukrainę, ale teraz trzeba mówić, że to bardzo dobrze, żeśmy napadli, a jak się powie inaczej, to same widzicie…’. ‘No popatrz pan, dziwne jednak troszkę to wszystko’ – mówią mi i stoimy dalej w tym sklepie.
Czytaj także: Biszkek: tu Rosjanie ukrywają się przed mobilizacją. „Ostatni dobry dzień” [REPORTAŻ]
Mają rację, że dziwne, bo jakoś tak wychodzi, że my już od czasów radzieckich chcemy zawsze pokoju, ciągle o nim mówimy, śpiewamy piosenki o tym, że niech zawsze będzie słońce, o pokojowym niebie, o pokoju na świecie, a potem robimy co robimy. Sprzedawczynie to rozumieją, pozwalają mi więc nadal stać w tym kiosku i tkwię w nim jak kołek przez dwie godziny. Aż w końcu adwokat przysyła sprzymierzeńców i wychodzimy z lokalu jak gdyby nigdy nic. Do żadnego zatrzymania nie dochodzi.
![„Odpuść, bo złamiesz sobie życie”. Tak w Rosji działają tajne służby prześladujące wrogów systemu [REPORTAŻ] 1 tajne służby, rosja, Oleg Rodin](https://postpravda.info/wp-content/uploads/2026/02/51100088785_c9fd7e466f_b.jpg)
Potem zdobywam bilet do Kazachstanu. Wylot: z Kazania, trzeba tam dojechać pociągiem. Kiedy wychodzimy z wagonu, widzę przy drzwiach milicjantów z psami. Cofam się w głąb sypialnego, zaczynam nasłuchiwać, o jaki numer miejscówki pytają kuszetkową. Nie, to nie moje miejsce, a więc jednak nie po mnie przyszli… Wysiadam z wagonu, mijam mundurowych, mijam psy, przechodzę dworzec, zanurzam się w Kazaniu. Zanim na lotnisko, muszę jeszcze odwiedzić notariusza, wyrobić pełnomocnictwa. Wchodzę do niego do biura, a tu dzwoni telefon.
To kuszetkowa: ‘Olegu, Jewgienijewiczu, a nie zapomnieliście przypadkiem niczego w pociągu?’. ‘Ja? Nie, nie, niczego…’. Dziwne, myślę sobie, próbują mnie jednak zwinąć? Pomylili wcześniej miejsca? Skąd właściwie kuszetkowa ma mój numer? Pewnie z systemu rezerwacji, w tym systemie jest naprawdę dużo danych. Ale co to za prowokacja, co oni właściwie zamierzają ze mną zrobić? ‘Na pewno niczego nie zapomnieliście?’ – pyta znowu kuszetkowa. ‘No niczego?’. ‘A walizkę macie przy sobie?’. I wtedy zdałem sobie sprawę, że z tych nerwów nie wziąłem z wagonu walizki z całym dobytkiem.
Odebrałem bagaż, dotarłem na lotnisko. Wiedziałem, że nie wolno wsiadać do samolotu rosyjskiej linii, bo wtedy mogliby odwołać lot albo zawrócić nas po drodze. Miałem więc bilet na linie kazachskie. Pogranicznik o nic mnie nie pytał.
Powitalny gość ze specsłużb
A jak wylądowałem w Kazachstanie to szybko okazało się, że przed bramą mieszkania, w którym miałem się zatrzymać, stał jakiś mężczyzna. Kiedy zobaczył, że wysiadam z taksówki, to podszedł od razu do drzwi, nacisnął numer na domofonie do mieszkania zaraz obok mojej kwatery. Nikt mu nie otworzył. Ja miałem klucz, więc go wpuściłem na klatkę schodową. Podszedł do windy, ale po co mu właściwie winda, skoro mieszkanie, do którego dzwonił, jest na parterze? Odwrócił się do mnie i zaczął wypytywać: skąd jestem, dlaczego wyjechałem z Rosji, cóż się stało, czy rzeczywiście w Rosji było mi tak źle?
Jesteście informatykiem? Tak? O, to fajnie, a Windowsa umiecie zainstalować? A jak długo tu będziecie? Tylko trzy dni? I lecicie dalej? Do Armenii? O, to szkoda. No nic, no dobrze, cmoka z żalem mężczyzna, a czapkę ma futrzaną, płaszcz czarny, do tego czarny garnitur, czarny golf i jeszcze jakaś naszywka identyfikacyjna na klapie, no po prostu pełnokrwisty specsłużbista. Tak czy inaczej… Jak tylko skończyliśmy rozmowę, pożegnał się grzecznie i wyszedł z klatki schodowej na ulicę. Sąsiadów, do których – jak twierdził – szedł z wizytą – nie odwiedził. Nie zastukał nawet do ich drzwi.
A jak po trzech dniach dotarłem do innego miasta, z którego miałem wylecieć w dalszą drogę, to zobaczyłem kolejnego dziwacznego mężczyznę, który spojrzał na mnie, zapytał o coś dziewczynę, która sprawdzała bilety i usłyszałem, jak ta mu odpowiada: ‘Leci do Armenii’. Skinął głową i znikł w jakimś służbowym pomieszczeniu.
Później dowiedziałem się od swoich źródeł, że przydzielono do mnie operacyjnego, który miał śledzić, jak się przemieszczam. No ale jak widzicie: wypuścili mnie.
Tutaj przynajmniej nie budzę się o piątej rano, napięty jak struna, nie nasłuchuję, czy przyszli już mnie aresztować. Tylko co mam dalej robić? Siedzieć w cieple w Polsce i nawoływać ludzi w Rosji, żeby wyszli na ulice?
Tam jest już zresztą zupełnie inny kraj niż trzy lata temu.
Teraz nie rozmawiałbym przez dwie godziny ze sprzedawczyniami o tym, że jestem przeciwko wojnie. Bo za takie rozmowy w sklepie czy restauracji dają już realne wyroki. Ja sam zresztą, jeśli kontaktuję się z kimś z Rosji, nie wypowiadam podczas rozmowy na telegramie słowa ‘wojna’, mimo że telegram jest niby szyfrowany. Ale nie chcę, żeby ci, którzy tam zostali, popadli przeze mnie w tarapaty, bo przecież wiadomo, że rosyjskie służby mogą to wszystko usłyszeć i wszystko mogą przeczytać. Więc pisać takich słów i poruszać takich tematów nie wolno”.
Tekst jest fragmentem książki „Ostatni dobry dzień. Instrukcja obsługi totalitaryzmu”, pisanej w 2026 roku w ramach Stypendium artystycznego Prezydenta Wrocławia.
![„Odpuść, bo złamiesz sobie życie”. Tak w Rosji działają tajne służby prześladujące wrogów systemu [REPORTAŻ] 2 PostPravda, PostPrawda, Post Prawda, Post Pravda, slajd, reklama](https://postpravda.info/wp-content/uploads/2025/09/slajd-nr-1-pl-1024x576.jpg)

